poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdział 18

"- Zastanawiałem się nad zwolnieniem Cię"





                              CZYTASZ?=KOMENTUJESZ! + KRÓTKA NOTKA POD



Abygail's POV.

Siedziałam na krześle już dobrą godzinę tuż obok Justina, który stykał się swoim ramieniem z moim. Panowała okrutna cisza, przerywana co jakiś czas kaszlem pacjentów z ich sal, bądź szuraniem ich kapci, gdy przechodzili korytarzem, mętnym, i zmęczonym życiem krokiem. Co jakiś czas, czułam na sobie wzrok Ryana, chodzącego bez czynnie po korytarzu, szarpiąc swoje włosy.

Podkuliłam kolana tak, aby oprzeć pięty na skraju krzesła. Przymknęłam oczy, kiedy pojawiły się w nich łzy. Dlaczego? pewnie zapytacie. Otóż nie mam pojęcia dlaczego tak przeżywam wypadek zupełnie obcego mi człowieka. Jestem bardzo wrażliwa na ludzką krzywdę.

Spojrzałam w bok, patrząc na mocno zarysowany, od napinania szczęki, profil Justina. Patrzył zupełnie tępo w podłogę czarnymi, niczym węgiel oczami. Wydawał się być spokojny, nie ruszał się, miałam wrażenie, że nawet nie mrugał, czy nie oddychał. Na szczęście było tak cicho, że mogłam usłyszeć nawet jego regularny oddech... Zastanawiałam się, co mogłabym powiedzieć, żeby poczuł się lepiej. Jednakże ostatecznie doszłam do wniosku, że cokolwiek teraz powiem, może tylko bardziej go rozzłościć. Tak, rozzłościć, bo on nie jest już nawet smutny, czy zszokowany. On po prostu jest wściekły. Spuściłam tęczówki, bawiąc się bezcelowo palcami.

- Jak to się kurwa w ogóle stało...- mruknął jak najbardziej do siebie Ryan. Wspominałam, że jest tutaj bardzo cicho?

Westchnęłam, z powrotem spuszczając wzrok, a w tym samym czasie z sali operacyjnej, wyszła pielęgniarka.

- I co z nim!? - Justin poderwał się, jak szalony naskakując na nią, zupełnie tak samo, jak Ryan.

Pielęgniarka o jasnych włosach, i niebieskich oczach westchnęła, niby zupełnie nie wzruszona, patrząc z dołu na nich obojga, nabierając już powietrza do płuc, aby coś powiedzieć.

- No kurwa, wiadomo coś!? - przewróciłam oczami na Ryana.

- Proszę się uspokoić, i nie wyrażać wulgarnie, albo w przeciwnym razie będę zmuszona kazać pana zabrać z oddziału - odparła spokojnie, jednak, jak nie trudno się domyśleć, to tylko pozory. Spojrzała na Justina, już z nieco łagodniejszym wyrazem twarzy - na razie nie mogę udzielać panu żadnych informacji, przepraszam.

I odeszła, a ja patrzyłam na nią, dopóki nie zniknęła z mojego pola widzenia, wychodząc z oddziału, przez wielkie, białe, dwu skrzydłowe drzwi. Odwróciłam głowę, zawieszając wzrok na zrezygnowanym Justinie, siadającym krzesło dalej ode mnie. Schował głowę w dłonie, łokcie natomiast kładąc na kolanach.

Ryan wściekle kopnął jedno z krzeseł po przeciwnej stronie korytarza. Sprawił tym samym, że podskoczyłam przerażona na jego nagły, gwałtowny ruch i westchnęłam.

Byłam już znudzona siedzeniem tutaj. Bezcelowym, siedzeniem. Nikt nie mógł nam nic powiedzieć, a na nasze pieprzone nieszczęście, nikt z nas nie jest spokrewniony z Zackiem. Mogliśmy siedzieć i bezmyślnie patrzeć w podłogę wiekami, przynajmniej tak myślałam, dopóki nie przypomniałam sobie, że dawno temu powinnam być w domu...

Zacisnęłam oczy, marszcząc brwi i westchnęłam z kompletnym poirytowaniem i strachem. Wyjęłam telefon z kieszeni bluzy Justina, i odblokowałam go.

- Muszę zadzwonić do Jamesa... Boże, jestem martwa - mruknęłam cicho, przeglądając wszystkie nieodebrane połączenia. Było ich ponad dwadzieścia, wszystkie od niego.

- Ja zadzwonię, myślę, że tak będzie lepiej - mruknął, odchodząc kawałek. Skinęłam głową, mimo, że on już tego nie zobaczył. Opuszczając kolana z powrotem na ziemię, spojrzałam na Ryana, który teraz siedział na krześle parę metrów dalej. Spojrzał na mnie krótko po chwili bez namiętnie patrząc na Justina. W między czasie, ta sama pielęgniarka weszła z powrotem na oddział, nie posyłając żadnemu z nas choćby jednego, krótkiego spojrzenia.

Wstałam z krzesła, idąc w stronę wyjścia z oddziału, gdzie niedaleko drzwi stał Justin, już rozmawiając z Jamesem. Przygryzłam wargę zdenerwowana, ponieważ jego mina zdradzała wszystko, nie jest dobrze...

Stanęłam na przeciwko Justina, kiedy zaczął gestykulować rękoma, co miał w zwyczaju robić, gdy rozmawiał przez telefon.

- James, spokojnie, Abygail jest cała, nie denerwuj się - odparł spokojnie, ale widziałam, że sam jest kłębkiem nerwów.

- Wiem, co obiecałem, wiem, że miała być wcześniej... - zatrzymał się w połowie zdania, przewracając oczami, i jestem pewna, że to James mu przerwał.

- Cholera, James daj mi to wytłumaczyć - odparł głośniej, chcąc go przekrzyczeć.

Byłam zdenerwowana, jak nigdy. Z nerwów obgryzałam paznokcie, i było mi wręcz niedobrze. Wiedziałam, że James nie prędko znów zaufa Justinowi, o ile w ogóle to zrobi. Ale to nie była jego wina, on chciał, żebym jechała do domu, a to ja upierałam się, że będę tutaj z nim. Dlaczego jestem taka głupia? Dlaczego po prostu nie pojechałam do domu, przecież powinnam była liczyć się z tym, że nie mogę jak inne nastolatki włóczyć się całą noc po mieście, a na koniec wcisnąć rodzicom jakieś historyjki o nocowaniu u koleżanki. Teraz zapewne nie wyjdę z domu do ukończenia osiemnastego roku życia, kiedy to przyjdzie na mnie pora, i będę musiała radzić sobie sama.

- Dobra, będzie w domu za godzinę. Wcześniej nie damy rady... - cisza - wytłumaczę Ci wszystko, jak będziemy na miejscu, do zobaczenia - odetchnął, wciskając czerwoną słuchawkę, i schował telefon do kieszeni, następnie spojrzał na mnie.

- Jest zły? - głupie pytanie.

- Jest bardzo zły, jest wściekły - mruknął, palcami odrzucając włosy do tyłu.

Ugięłam nogę w kolanie, spuszczając wzrok w zakłopotaniu - już po mnie - odchyliłam głowę do tyłu.

Justin ruszył z powrotem w stronę krzeseł, na których siedzieliśmy parę minut temu, więc poszłam za nim - nie będzie tak źle, nie martw się tym, dobrze? Jakoś to załatwię.

- To nie będzie takie łatwe, nie znasz jeszcze Jamesa.

Justin zachichotał pierwszy raz od wypadku Zacka, więc i sama mimo, iż byłam załamana, uśmiechnęłam się do niego, kiedy zatrzymaliśmy się - poczekaj chwilę, odwiozę Cię do domu, tylko pożyczę samochód od Ryana, musimy się pośpieszyć.

Zostawił mnie samą, podchodząc do swojego, jak mniemam, przyjaciela. Nie bardzo chciałam zostawiać ich obojga samych. W trakcie jazdy tutaj, miałam wrażenie, że wydrapią sobie nawzajem oczy.

Oparłam się o ścianę, przymykając chwilowo oczy. I dopiero wtedy poczułam, jak bardzo senna jestem.



Justin's POV.


- Stary, musisz pożyczyć mi samochód, to sytuacja awaryjna - spojrzałem na swojego przyjaciela, który posłał mi kpiący uśmieszek.

- Muszę? - prychnął, na co przewróciłem oczami.

- Śpieszy mi się. Cholernie mi się śpieszy, dawaj te pierdolone kluczyki - warknąłem.

- Moje kochanie ma wrócić w stanie nie naruszonym - od niechcenia rzucił kluczyki w moją stronę, które złapałem.

- Dzięki, wrócę niedługo, odwiozę tylko Abygail, i jestem - Ryan skinął głową, wymownie patrząc na dziewczynę, stojącą za mną. Odwróciłem lekko głowę, widząc ją opierającą się o ścianę. Miała przymknięte oczy, i wyglądała, jakby mogła zasnąć tu i teraz. Może już to zrobiła?

- Co jej jest?

- Jest po prostu zmęczona, nie wiem dla czego, ale cholernie przeżyła ten wypadek - wzruszyłem ramionami.

- Idź już, odwieź ją, ledwo trzyma się na nogach.

- Staraj dowiadywać się czegokolwiek, zaraz jestem.

Ryan skinął głową, nic więcej nie mówiąc i wyminął mnie, idąc w kierunku wyjścia z oddziału. Poszedł kupić kawę, jestem tego niemal pewien.

Podszedłem do dziewczyny, stając na przeciwko niej i położyłem dłoń na jej miękkim, lekko różowym policzku, na co od razu otworzyła oczy. Rozejrzała się, aż jej wzrok spoczął na mnie. Zachichotałem, zabierając rękę z jej twarzy - Ryan pożyczył nam samochód, chodź - wyciągnąłem dłoń w jej kierunku. Popatrzyła na nią niepewnie i tak samo niepewnie ją chwyciła. Objąłem palcami jej malutką, w porównaniu do mojej, ruszając w stronę wyjścia. Kątem oka dostrzegłem, jak spuszcza wzrok, a jaj policzki są jeszcze bardziej różowe.

- Przykro mi, wiesz? - odparła cicho.

- Nie potrzebie, wiesz? Zack jest twardy, wyjdzie z tego - odparłem, mocniej ściskając jej dłoń, aby dodać jej otuchy. W odpowiedzi uśmiechnęła się nieszczerze.

Otworzyłem drzwi, przepuszczając, i puszczając już rękę Abygail.

- Dżentelmen - zachichotała.

- Jak zawsze - puściłem oczko w jej kierunku, uśmiechając się wymownie.

Szliśmy do głównego wyjścia ze szpitala, nie odzywając się już. Byłem teraz zbyt pochłonięty myślami o Christianie, a właściwie o tym, jak się zemścić. Byłem pewien, że to on, Zack nie miał ostatnio żadnych wrogów. On taki jest, załatwia wszystkie sprawy do końca, likwiduje wszystkich świadków, bez możliwości robienia sobie wrogów, nie licząc mało strasznych, czy niebezpiecznych "gangów" którym nie płacił za roznoszenie towaru...

Poczułem wibrację w kieszeni, więc wyciągnąłem z niej telefon. Spojrzałem na wyświetlacz, widząc na nim numer mojej sekretarki. Nacisnąłem zieloną słuchawkę, jednocześnie marszcząc brwi.

- Betty? Dlaczego dzwonisz o tej godzinie?

- Dobry wieczór. Przepraszam, wiem, że godzina jest nieprzyzwoita, ale zapomniałam Panu powiedzieć - westchnęła zakłopotana, gubiąc się w słowach.

- Do rzeczy - odparłem, kiedy wychodziliśmy ze szpitala.

- Ma Pan dziś o dwunastej spotkanie z Panem Rogerem - mruknęła nieśmiało.

- Betty, jak mogłaś zapomnieć, żeby powiedzieć mi coś tak ważnego? - uniosłem lekko głos, w jednej chwili zastanawiając się nad zmianą sekretarki.

Spojrzałem w bok, widząc przyglądającą mi się Abygail. Miała zmarszczone brwi, więc cicho mruknąłem, że to z pracy.

Kobieta nie odezwała się ani słowem, zapewne czując się głupio. Westchnąłem jedynie, a w tym samym czasie odnalazłem wzrokiem czarne Ferrari Ryana.

- Będę na pewno, dziękuję, Betty, do zobaczenia - nacisnąłem czerwoną słuchawkę, kończąc połączenie.

- Wszystko w porządku? Wyglądasz na jeszcze bardziej złego - spojrzałem na dziewczynę, która momentalnie spuściła wzrok.

- Bo jestem jeszcze bardziej zły - stanąłem koło samochodu - mojej sekretarce wydaję się chyba, że jak przypomni sobie o spotkaniu o czwartej w nocy, i powie mi o tym dopiero teraz, wszystko będzie ok - warknąłem, przewracając oczami.

- Nie złość się tak, może ma jakiś prob...

- A ty, nie mów mi co mam robić - spoważniałem, patrząc na Abygail ostrzegawczo.

- Przepraszam, ok? Chciałam tylko powiedzieć, że

- Abygail, wejdź do samochodu, chcę już stąd jechać - przewróciłem oczami.

Dziewczyna pokręciła głową, zwężając oczy, jednak zrobiła to, co powiedziałem. Delikatnie chwyciła klamkę od drzwi po stronie pasażera, i równie delikatnie, wsiadła do samochodu. Zrobiłem to samo, siadając na miejscu kierowcy i zapiąłem pasy.

- Teraz znów nie będziesz dawał mi dojść do słowa? - spojrzałem na Abygail. Nie odezwałem się ani słowem, wkładając kluczyki do stacyjki i zapaliłem silnik.

- Justin do cholery nie ignoruj mnie! Rozumiem, że jesteś zły, bo to był ciężki dzień, ale nie wyżywaj się na mnie!

Wciąż byłem cicho. Wyjechałem z parkingu, skręcając na autostradę.

Byłem chujem w stosunku do niej, prawda? Ale mimo, że nie chciałem taki być, po prostu nie umiałem teraz inaczej. Byłem zbyt zły, zarówno na nią jak i na cały otaczający mnie świat. Powinna w końcu się nauczyć, że nie ma prawa mówić mi, co mam robić, i to jest to, czego głównie się trzymam. A trzymam z dala od zdania innych. Mogą pierdolić co chcą, i ile chcą a ja i tak będę robił to, co uważam za słuszne, nawet, jeśli nie jest to rozsądne.

Usłyszałem, jak westchnęła zrezygnowana, i mimo, że kątem oka widziałem, że stara się wyglądać na złą, jest jej przykro. Teraz na prawdę poczułem się źle, ale duma nie pozwoliła mi się odezwać.
***

Nacisnąłem stopą hamulec, zatrzymując samochód niedaleko podjazdu domu dziecka. Abygail natychmiast otworzyła drzwi i wysiadła, nie racząc zaczekać na mnie. Wkurwiony na siebie samego, szybko zrobiłem to samo, trzaskając delikatnie drzwiami i zablokowałem go.

- Aby, poczekaj - chwyciłem w jej nadgarstek w ostatniej chwili, gdy miała wchodzić do środka. Znajdowała się po między mną a drzwiami, więc nie miała możliwości ucieczki - dlaczego się tak śpieszysz, masz zamiar sama tłumaczyć się Jamesowi? Spoko, mi to na rękę - syknąłem, puszczając jej nadgarstek. Ruszyłem z powrotem w stronę auta, wiedząc doskonale, co stanie się za chwilę...

- Justin, poczekaj! - zatrzymałem się, uśmiechając pod nosem - chcesz mnie teraz zostawić?!

Odwróciłem się, poważniejąc.

- Wydawało mi się, że tego byś chciała - wzruszyłem niedbale ramionami.

Patrzyła na mnie chwilę, tak samo, jak ja na nią. Znajdowaliśmy się w pewnej odległości od siebie, ale mimo to, mogłem zobaczyć świecące przez blask księżyca łzy w dole jej oczu.

Dlaczego byłem takim chujem?

Bez żadnego słowa, po prostu odwróciła się i weszła do domu. Patrzyłem na drzwi wejściowe, do póki nie zatrzasnęły się mocno. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to ja zachowuje się jak dziecko... Pokręciłem głową, nie pewnie ruszając w stronę domu. Znów poczułem wibrację w kieszeni, więc zastanawiając się, kto tym razem się do mnie dobija, odebrałem smsa od Ryana.

Od: Ryan
Gdzie jesteś? Miałeś niedługo być, pośpiesz się kurwa.

Odpisałem na szybko, że chwilę to zajmie i schowałem telefon z powrotem do kieszeni.

Wszedłem do domu bardzo cicho i ostrożnie, nie chcąc obudzić żadnego z podopiecznych. Spojrzałem w boczny korytarz po lewej stronie. Drzwi od gabinetu Jamesa były lekko uchylone, a przez szparę wychodziła struga światła. Idąc w tamtym kierunku, słyszałem co raz wyraźniejsze głosy dochodzące z pokoju. James po raz kolejny zadawał to samo pytania, a dziewczyna jąkała się, nie wiedząc, co mogłaby powiedzieć.

Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się chwilę, na kogo bardziej jestem zły. Na Jamesa, który postawił Abygail w nie zręcznej sytuacji, czy na siebie, bo to przeze mnie w takowej się znalazła.

Zapukałem w drzwi, i wszedłem do środka. Zobaczyłem Abygail, ze spuszczoną głową i łzami w oczach i stojącego nad nią Jamesa. Oboje równo, jak na zawołanie spojrzeli w moim kierunku, ale swoje spojrzenie zawiesiłem tylko na dziewczynie.

- Justin? Gdzie byłeś? - zdziwił się.

- Musiałem przeparkować samochód - wyjaśniłem szybko.

- To może ty mi powiesz, jak to się stało, że mając wyznaczony czas, ty wracasz z nią o piątej rano? Zdajesz sobie sprawę, że to niedopuszczalne?

- Wiem, ale...

- Mógłbym wnieść oskarżenie o próbę uprowadzenia nieletniej z domu, wiesz jakie są tego konsekwencje?

- Cholera James, co ty pier... gadasz?! - wyrzuciłem ręce w powietrze.

- Niech pan tego nie robi, to nie jego wina! - odezwała się Abygail. Jej źrenice były powiększone i była jeszcze bardziej przerażona, kiedy spojrzała na mnie z czystym strachem w oczach. Oblizałem wargi, myśląc, jak wybrnąć z sytuacji.

- Wiem, jak to wygląda i że nie świadczy o mnie dobrze - westchnąłem.

- Zastanawiałem się nad zwolnieniem Cię - wypalił prosto z mostu.

Uniosłem brwi w zdziwieniu, spoglądając na zszokowaną Abygail

- Nie możesz, James! - Krzyknęła

- Mogę, i...

- Daj mi jeszcze jedną szansę. Czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyło się coś takiego? To jedno razowa sytuacja. Jeśli chcesz, to mnie wywal, ale ciekawy jestem, czy znajdziesz kogoś na moje miejsce? Chyba, że masz całą kolejkę - wzruszyłem ramionami.

James popatrzył chwilę w podłogę, zapewne myśląc o całej zaistniałej sytuacji. W tym samym czasie, bez emocjonalnie patrzyłem na jedną łzę spływającą po policzku Abygail. Przygryzłem wargę, zaczynając się niecierpliwić.

- Muszę postępować z zasadami, Justin - odparł James, a chwilę później usłyszałem rozpaczliwe westchnięcie dziewczyny.

- To chociaż raz sobie odpuść? - mruknąłem

Przejechał dłońmi po twarzy, wzdychając głośno.

- Abygail ma szlaban. Do odwołania, nie masz prawa zabrać jej z tego domu, choćby na krok - powiedział, ruszając na miejsce za swoim biurkiem.

Skinąłem głową i spojrzałem na patrzącą w podłogę Abygail.

- Nie obwiniaj za to jej, zdarzył się mały wypadek, dlatego to opóźnienie...

- Abyagil miała wypadek? Justin, chłopie, ty naprawdę chcesz za wszelką cenę narobić sobie kłopotów - warknął zły, podchodząc do niej, i chwytając jej podbródek.

- Nic Ci się nie stało? Jaki wypadek?

- Nie, nic mi nie jest.

- Mój znajomy. Byliśmy przy Central parku, czekaliśmy na metro, zobaczyliśmy, jak potrącił go samochód, tyle.

- Zadziwiające, jak spokojnie o tym mówisz - pokręcił głową - Abygail ma swój rozum, mogła wrócić do domu. Ciebie nie muszę kontrolować, ale dlaczego wmieszałeś do tego ją?

- To ja chciałam z nim jechać - odezwała się.

James usiadł na krześle za biurkiem.

- To już nie jest ważne. Abyagil, idź się kładź, o ósmej jest pobudka i nie będę robił wyjątku. I tak zrobiłem jeden, nie wyciągając żadnych większych konsekwencji - spojrzał na nas oboje.

- To się więcej nie powtórzy - dodałem.

- Oczywiście, że nie. Osobiście tego dopilnuje. Oboje zejdźcie mi już z oczu, zaraz kończę zmianę, ale jeszcze pogadamy o tym.

Abygail ruszyła w moim kierunku, nie patrząc na mnie

- Dziękuję James, dobranoc - mruknęła wychodząc

- Na razie - i wyszedłem.

Wzrokiem szukałem postaci dziewczyny ale nie musiałem szukać długo. Stała oparta o ścianę, patrząc na mnie.

- Jadę dzisiaj z tobą do szpitala - szepnęła, krzyżując ręce.

Spojrzałem na nią wymownie, zastanawiając się, czy robi sobie żarty.

- Chyba nie zrozumiałaś, co powiedział James - prychnąłem - nigdzie ze mną nie jedziesz.

Pokręciła głową, uśmiechając się zadziornie.

- Będziesz słuchał tego, co mówi James?

Doskonale wiedziała, w co uderzyć...

- Najlepiej od razu idź mu powiedz, co zamierzasz robić - warknąłem, chwytając dziewczynę za ramię i odeszliśmy od gabinetu Jamesa, zatrzymując się przy schodach, gdzie panował jeszcze większy mrok.

- Abygail, nie możesz ze mną jechać, chcesz, żebym miał przez to kłopoty? - wbiła wzrok w podłogę - no właśnie, ja tym bardziej tego nie chcę - oblizałem usta...

- Ale słyszałeś, co powiedział? Zaraz kończy zmianę, najprawdopodobniej będzie dopiero jutro o szóstej rano. On nie musi niczego wiedzieć - szepnęła, przygryzając wargę.

Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową

- Od kiedy z Ciebie taka nie grzeczna dziewczynka, hmmm?

Przewróciła teatralnie oczami - chcę po prostu złożyć zeznania, rozumiesz?

- Zeznania? - zdziwiłem się.

- Policja na pewno będzie w szpitalu, żeby szukać świadków i takie tam - mruknęła, a ja w pełni zrozumiałem o co jej chodzi.

Westchnąłem, opierając biodro o poręcz i myślałem chwilę nad jej słowami.

- Nie możemy wyjść stąd razem. Powiesz opiekunowi, który będzie miał zmianę, że idziesz do koleżanki, wymyślisz coś - skinęła głową -  pojedziemy tam po mojej zmianie tutaj, więc ja też będę mógł wyjść.

- Dobra - kiwnęła głową, i spuściła spojrzenie - cześć.

Powolnym krokiem szła w górę schodów, a ja cały czas mając zawieszony na niej wzrok, przygryzłem wargę. Biłem się sam ze sobą, ale kiedy postawiła stopę na półpiętrze, zawołałem ją.

- Poczekaj.

Spojrzała na mnie z góry, z zaciekawionym wyrazem twarzy - tak?

Szybko wskoczyłem na górę.

- Nie chcę, żebyś była na mnie zła, czy smutna. Mam zły dzień, ale ty chyba rozumiesz, prawda? - przybliżyłem się do Abygail, stając na przeciwko.

Westchnęła, po czym spojrzała na mnie uśmiechając się. Nie byłem pewien, czy do końca szczerze.

-  Wydaje mi się, że powinieneś już iść. James za chwilę powinien wychodzić... - podrapała się z tyłu głowy.

Skinąłem głową, oblizałem dolną wargę, i chwyciłem policzki Abygail w dłonie. Spojrzała na mnie zdezorientowana i w tym samym czasie złączyłem jej usta z moimi. Lekko zachwiała się od mojego nagłego ruchu, ale oddała pocałunek. Chwilę później oderwałem się od niej, uśmiechając zadziornie.

- Do później - mruknąłem, puszczając ją i oddalając się lekko. Skinęła głową, oblizując wargę.

Usłyszałem dźwięk szurania krzesła, co oznaczało, że James będzie zaraz wychodził. Posłałem Abygail ostatnie spojrzenie i szybko wybiegłem z domu.

           



                                             *****~~*****~~*****~~~*****




Hej, witajcie znów. W sumie, nie spodziewałam się, że jeszcze będę to pisać, bo jak zapewne część z was wie, że miałam kłopoty z internetem, a gdy go odzyskałam, problemy z systemem komputerowym, więc musiałam zakładać nowy. To miało związek z tym, że nie chciał mi się otwierać blogger, wiecie, wchodziłam w pulpit nawigacyjny, ale nie wyświetlała mi się lista blogów, a sama pustka, ale to już nie ważne :)

Chciałam wam wszystkim podziękować za to, że mimo iż bez żadnego uprzedzenia was zostawiłam, wy zostałyście, i naprawdę komentowaliście ostatni post, tak, jak prosiłam <3

No i cóż, biorę się za kolejny rozdział, bo jakoś dziwnie i wyjątkowo dużo weny mam ;D

Do następnego.





piątek, 13 marca 2015

Więc...

Nawet nie wiem, co mogłabym powiedzieć, żeby choć trochę się usparwiedliwić, ale to chyba nie ma sensu. Chce tylko powiedzieć, że to, że nie dodaję nic, nie było moją winą, nie miałam na to wpływu. Jedno krótkie pytanie, jest tutaj ktoś jeszcze? Jeżeli chcecie, mogę znów zacząć pisać, ale tu prośba do was. Jeżeli chcecie, abym jednak dokończyła historię Justina i Abygail, każdy kto zobaczy ten post, i jest moim czytelnikiem, niech da jakikolwiek komentarz. Chcę wiedzieć, czy jest po co na nowo to rozpoczynać.

Nie ma sensu, żebym się jakoś szczególnie tłumaczyła. Miałam problemy z internetem, co w sumie jest dość zabawną sytuacją, ale teraz znów mam możliwość dodawania.

Wiem, że powinnam zrobić to na samym początku, ale niezmiernie was wszystkich przepraszam.

To tyle, postawcie w komentarzu chociaż kropkę, cokolwiek :)

wtorek, 27 stycznia 2015

Rozdział 17

"- Puść mnie kurwa, to mój przyjaciel!..."

CZYTASZ?= KOMENTUJESZ!








- Wracamy? - głos Justin rozbrzmiał w mojej głowie, więc uchyliłam powieki, posyłając mu spojrzenie, jednak mój wzrok, przeniósł się po chwili na roztętnione życiem miasto.

- A która jest godzina? - szepnęłam.

- W pół do dwunastej - zachichotał, patrząc na wyświetlacz swojego I Phone'a.

- Jeszcze nieee - jęknęłam dziecinnie, odchylając głowę do tyłu.

-  James mnie zabije - wychrypiał, wyrzucając ręce w górę, i przeciągając się.

- Racja, przepraszam - zaśmiałam się, wstając z ławki, tak samo, jak chłopak.

Przygryzł wargę, czekając aż zabiorę telefon, i upewnię się, że nic nie zgubiłam, i przysięgam, on robi to specjalnie!

- Może wrócimy metrem? - zaproponował, kiedy powolnym krokiem, ruszyliśmy trawnikiem w stronę wyjścia z parku.

W mojej głowie pojawił się obraz z mojej ostatniej wycieczki metrem, i mimo, że jestem pewna, że z Justinem nic mi nie grozi, nie mam szczególnej ochoty nim wracać. Zmarszczyłam brwi, w wzdłuż kręgosłupa przeszedł mnie nie przyjemny, lodowaty dreszcz - jakoś nie bardzo uśmiecha mi się metro, Justin - pokręciłam głową, spuszczając spojrzenie.

- Dlaczego? - mruknął, kiedy zatrzymaliśmy się już obok jednego z wyjść z parku. Starał się spojrzeć na moją twarz, jednak uniemożliwiałam mu to, co chwilę odwracając spojrzenie. Poczułam się jak suka, bo wyglądał, jakby się martwił?

- Długa historia - wzruszyłam ramieniem, uśmiechając się do niego uspokajająco, wzrokiem zaczynając szukać stacji.

Mimo, że nie miałam zamiaru jeździć tą "maszyną jak z horroru" moje nogi też przeżywały horror - z resztą nie ważne,  jedziemy metrem - dodałam, widząc neon stacji.

- A o tej historii opowiesz mi więcej - mrugnął, sprawiając, że zachichotałam.

Mimo, że powinniśmy to robić, nie śpieszyliśmy się, a szliśmy wręcz ospale.

- A tak swoją drogą, znalazłaś już pracę? - zwrócił się do mnie, kiedy westchnęłam, zrezygnowana kręcąc głową - na razie niczego nie szukałam, nie miałam czasu, kurczę, zupełnie wyszło mi to z głowy - zmarszczyłam brwi. Prawda jest taka, że od czterech dni, odkąd byliśmy w Starbucksie, nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, jak Christian. Nie chodzi teraz o czepianie się Justina, czy plątanie w jego sprawy, a o sam fakt pojawienia się tego człowieka. Czy go nienawidziłam? Tak, a ostatnie wydarzenie tylko utrwaliło mnie w tym przekonaniu, ale nic nie poradzę na to, że najzwyczajniej w świecie interesuje mnie to, w jakich okolicznościach poznał Justina. W sumie, interesuje mnie to tylko i wyłącznie jako moja prywatna sprawa, a tego nikt nie jest w stanie mi zabronić, bądź trzymać z daleka od tych myśli.

 Justin chyba dokładnie zrozumiał, o co mi chodzi, bo spojrzał na mnie porozumiewawczo, kiedy mijaliśmy sklep odzieżowy z rozświetloną wystawą, a ja ukradkiem rzuciłam na nią okiem, po chwili z uniesioną brwią, patrząc na niego - po prostu daj już sobie z tym spokój, na prawdę szkoda twojego czasu - westchnął.

Zatrzymaliśmy się na przejściu dla pieszych, gdy czerwone światło sugerowało nam to.

Przewróciłam oczami, otwierając usta, chcąc coś powiedzieć.

- Spójrz, wiem, że desperacko chcesz wiedzieć, kim jest Christian, nawet dałaś mi to odczuć -spojrzał na mnie, z ledwo widocznym, ale zadziornym uśmieszkiem, więc parsknęłam cicho - ale nie zrozum mnie teraz źle, zajmij się teraz swoimi sprawami - dodał. Schował ręce do kieszeni, ponownie przenosząc na mnie wzrok, więc spuściłam swój.

Do cholery, ile można stać na światłach?! Co raz więcej ludzi stawało dookoła nas, tworząc sporą grupę.

- Co masz na myśli? - spojrzałam na profil chłopaka.

- To, że być może miałabyś już pracę? - uniósł brew. Westchnęłam, nie odzywając się już nic. Przeniosłam wzrok na samochody, które wciąż pędziły jak szalone, czego miałam już dość, zarówno jak i Justina, mam na myśli tej rozmowy. Nie chciałam jednak na nowo zaczynać kłótni, przecież dopiero się pogodziliśmy!

Oboje inaczej patrzymy na tę sprawę, i nawet, jeśli to on ma pierdoloną rację, zamierzam trzymać się swojego zdania chodź jeden raz. Ukradkiem spojrzała na chłopaka - być może - mruknęłam obojętnie, uginając nogę w kolanie i krzyżując ręce.

Światła sygnalizujące zmieniły się wreszcie na pomarańczowe, i mimo, że nie było mi teraz do śmiechu, nie mogłam nie parsknąć, kiedy wszyscy przygotowali się niczym "do startu".

- Teraz ty mi coś obiecaj.

Spojrzałam na Justina z uniesionymi brwiami, a światło zmieniło się na zielone. Westchnęłam w uldze, kiedy ruszyliśmy.

- Zaufaj mi - spojrzał prosto w moje oczy, a ja zmarszczyłam brwi - przecież Ci ufam - wzruszyłam ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

- Dobrze wiesz, o czym mówię - przewrócił oczami - po prostu zaufaj mi, i trzymaj się z daleka od tego co robię. Po prostu obiecaj, że to był ostatni raz - jego spojrzenie było wręcz proszące. On na prawdę cholernie chciał, żebym nie miała z tym styczności, ale jak mam obiecać mu coś, czego zapewne nie będę w stanie dotrzymać? Mimo to, byłam już zmęczona tym.

- Obiecuję - szepnęłam, spuszczając spojrzenie.

- Trzymam Cię za słowo. Pamiętaj, że obiecałaś - powiedział całkowicie poważny, więc przełknęłam ślinę, gryząc wargę.

Zatrzymaliśmy się przy schodach prowadzących pod ziemię. Miałam cholerne wyrzuty sumienia, obiecując coś Justinowi, myśląc jednak zupełnie co innego. Przewróciłam oczami na sama siebie.

- Pociąg przyjedzie za jakieś piętnaście minut, mamy czas - odparł, jak gdyby doskonale wiedział, o co mi chodzi. Kiwając głową, zaśmiałam się cicho.

Oparłam się o murek od poręczy schodów, oplatając ramiona dłońmi. Myślicie, że James miał racje, mówiąc, że noce są zimne? Miał, a chyba nie muszę mówić, że nie wzięłam bluzy?

Westchnęłam.

Spojrzałam na Justina, który grzebał coś w swoim telefonie, gryząc wargę. Postanowiłam mu nie przeszkadzać teraz, być może to coś ważnego. Odwróciłam więc spojrzenie, zadzierając głowę wysoko do góry i zamknęłam oczy. Odetchnęłam wieczornym powietrzem, zerkając chwilowo na chłopaka, upewniając się, że nie zgubiłam go gdzieś w tłumie.

Nie żebym bała się być teraz sama, kiedy jest noc, pełno dziwaków, i wszystkiego co jest straszne... wyczujcie ten sarkazm.

Abygail, nie bądź dziecinna...

Dziecinna? Przewróciłam oczami. Jestem dziecinna bojąc się tak wielkiego miasta i jeszcze większego tłumu w nim, będąc praktycznie całe życie zamkniętą w małym, obskurnym pokoju? 

Z zamyśleń wyrwał mnie Justin, który podszedł obok mnie, stając na przeciw.

- Coś ważnego? - spytałam machając nogami. Pokręcił głową, uśmiechając się delikatnie. Zlustrował mnie wzrokiem, po czym przenikliwym wzrokiem popatrzył na moją twarz. Zmarszczyłam brwi, kiedy zachichotał - co? - mruknęłam.

- Nic, po prostu słodko wyglądasz, kiedy twoje malutkie nóżki nie sięgają ziemi - przygryzł wargę, śmiejąc się chrypliwie, a ja spojrzałam na niego spode łba, zeskakując z murka.

- Bardzo, naprawdę bardzo zabawne - syknęłam, odwracając wzrok.

- Aww, chyba się nie obraziłaś? Przecież to nie moja wina, że nie dosięgasz nawet do mojego ramienia, kochanie - położył rękę na moim ramieniu, stając za mną. Odwróciłam się z impetentem, krzyżując ręce na piersi - znów mnie wyśmiewasz?

- Co? Jasne, że nie! Podkreśliłem, że to słodkie - zmarszczył brwi, jąkając się, i zapewne zrobiło mu się głupio, bo chciał to dokładnie wytłumaczyć. Widząc jego wraz twarzy, i to, jak lekkie zakłopotanie ogarnęło jego myśli, było tak słodkie, że najchętniej chwyciła bym jego policzki w dłonie, wycałowywując je.

Postanowiłam jednak podroczyć się z nim trochę, może chciałam, żeby zobaczył, jak to jest? Cóż, wydaje mi się, że chciałam zrobić to tylko i wyłącznie do własnych celów, by patrzeć na jeszcze bardziej zakłopotanego Justina, co równa się ze słodkim Justinem.

- Mówisz jedno, zapewne myśląc drugie - mruknęłam, spuszczając głowę. Dodatkowo przygryzłam wargę, i wszelkimi siłami powstrzymywałam się od posłania mu spojrzenia, ponieważ tragiczna ze mnie aktorka...

- A.. Aby, cholera, przecież wiesz, że nie o to mi chodziło, miałem nadzieję, że odbierzesz to jako komplement - zmarszczył brwi, co dostrzegłam ukradkiem.

Zero pierdolonej silnej woli.

- Odebrałam, jak odebrałam, nie ważne, schodźmy już, bo się spóźnimy - pokręciłam głową, odwracając się, jednak tak, jak byłam pewna, poczułam rękę Justina na ramieniu, który jednym szybkim ruchem odwrócił mnie w stronę swojej klatki piersiowej. Kiedy tylko moje oczy spotkały się z jego, parsknęłam, śmiejąc się - żartowałam, wiedziałam, o co Ci chodzi!

Justin popatrzał na mnie zdezorientowany, przewracając oczami - wiesz, że jesteś małą suką, prawda Reed? - popatrzył na mnie poważnie, jednak dostrzegłam jego niemal znikomy uśmieszek, kiedy puścił moje ramie.

Uniosłam brew, przestając się śmiać, i równie poważnie spojrzałam w jego oczy - ty zacząłeś to pierwszy, Bieber

Zaśmiałam się, odchylając głowę do tyłu, kiedy Justin zachichotał chrypliwie - chodź tu - pociągnął moją rękę, sprawiając, że - w porównaniu do niego - moje drobne ciało zderzyło się z jego klatką piersiową. Objęłam tułów Justina rękoma, wciąż chichocząc w jego ramie, kiedy poczułam, jak zatapia nos w zagięciu mojej szyi.

Czy mówiłam już, jak bardzo kocham chwile takie jak ta? Kiedy jest taki kochany, troskliwy i... spokojny? Tak, chyba to mam na myśli, nie sugerując, że jest jakiś bardzo wybuchowy na co dzień. O tych paru sytuacjach, po prostu staram się nie myśleć, i nie uwzględniać ich, by nie zaprzątać sobie teraz tym głowy. Mimo to, miałam tylko cholerną nadzieję, że Justin w stu procentach wie co robi, modliłam się o to.

Trwaliśmy teraz w ciszy, a mój policzek przywarty był do ramienia Justina. Zmarszczyłam brwi, widząc w oddali... Zacka. Nie przyjemny dreszcz wspomnieć, po raz drugi dziś przebiegł przez mój kręgosłup. Odsunęłam się od Justina, posyłając mu przestraszone spojrzenie - to nie jest Zack? - wskazałam ruchem głowy w stronę przejścia dla pieszych, którym szliśmy wcześniej. Justin marszcząc brwi przymrużył oczy, w tłumie odnajdując jego postać, kiedy i on również nas zauważył. Wzdychając, Justin skinął głową.

Zack ruszył w naszym kierunku, zatrzymując się jednak na czerwonym świetle. Spojrzeliśmy na siebie równo z Justinem. Widziałam zmieszenie w jego oczach, co mnie zdziwiło - wygląda na to, że zaraz kogoś poznasz - językiem przejeżdżając po swojej dolnej wardze, puścił moje ciało, więc wyswobodziłam się z jego uścisku.

- Kim dla Ciebie jest? Był z tobą kiedy, no wiesz... - mruknęłam cicho, spuszczając głowę, samej czując się teraz niepewnie. Może nie powinnam o to pytać? Nie powinnam robić połowy rzeczy, które robiłam w ciągu tego jednego tygodnia, chyba nie może być gorzej?

- Wiem - spojrzał na mnie porozumiewawczo, a atmoswera znów nie ubłagalnie pędziła w stronę napięcia - To mój przyjaciel - wzruszył ramionami, kiedy skinęłam głową.

Niewiele myśląc, znów objęłam Justina, więc i on zrobił to samo. Ukradkiem obserwowałam postać Zacka, która bacznie przyglądała się naszej dwójce. Ruszył ulicą, kiedy sygnalizator zaświecił zielonym światłem. Szedł bardzo powoli, o wiele wolniej, od reszty ludzi, którzy się śpieszyli, można powiedzieć, że został daleko w tyle, jako sam na jezdni. Zielone światło wciąż jednak mu na to pozwalało. Moje oczy powędrowały nieco w lewo, na nadjeżdzjący samochód, czarny samochód. Zmarszczyłam brwi, gdyż najwyraźniej nie miał zamiaru się zatrzymać. Jechał wprost na niego, jednak on tego nie widział, zbyt zajęty obserwowaniem nas. Pokręciłam głową, ekspresowo odklejając się od Justina, nabierając powietrza do płuc, chcąc coś powiedzieć. Pisk opon, uderzenie, dźwięk rozbijanego szkła szyb, kiedy samochód uderzył w drzewo. Nabrałam jeszcze więcej powietrza, a moje oczy rozszerzyły się dwukrotnie.
 Justin momentalnie odwrócił się w tamte stronę, kiedy przyłożyłam dłoń do ust. Cały ruch na ulicy zatrzymał się, a głowa dosłownie każdego człowieka znajdującego się w okolicy, zwrócona była właśnie w tym jednym kierunku, kiedy pierwsi byli już na miejscu.

Spojrzałam na Justina, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji, patrzył tam dosłownie tępym wzrokiem, a jego cera momentalnie zrobiła się blada. Posłał mi jedno spojrzenie, trwające dosłownie ułamek sekundy, ciągnąc moją rękę, kiedy biegiem ruszyłam za nim. Miliony emocji buzowały w moim organizmie, i teraz dokładnie wiedziałam, że Justin czuje to samo.

Biegliśmy jak najszybciej tylko mogliśmy, przedzierając się przez równie ciekawski tłum, a ja uderzając w parę osób, tylko opóźniałam Justina - Abygail, kurwa szybciej! - krzyknął, kiedy jęknęłam głośno, wolną dłonią odpychając każdego, kto stanął na mojej drodze. Będąc na miejscu, zatrzymaliśmy się niedaleko bezwładnego, i krwawiącego ciała Zacka, a w moich oczach momentalnie zebrały się łzy. Moja dłoń instynktownie zakryła moje usta, kiedy puściła dłoń Justina.

- Dzwońcie na pogotowie!

- Pomużcie mu!

- Dzwońcie na policje!

To były jedyne zdanie które słyszałam, i jedyne, które padały. Patrzyłam na powiększający się tłum, który za wszelką cenę chciał być jeszcze bliżej, a reszta starała trzymać się ich jak najdalej. Moje załzawione oczy dostrzegły Justina, który próbował reanimować nie przytomne ciało swojego przyjaciela, jak wile innych osób. Oddychałam nie równo, a wręcz ciężko.

Dzwoniący ludzie po pomoc, coraz więcej zatrzymujących się samochodów, i ludzi, którzy obijali moje ramie. Stałam tam przyglądając się tamu wszystkiemu, w głębi czując pustkę i zagubienie. Nie wiedziałam, co mam robić, co powiedzieć, gdzie się podziać. Byłam taka zagubiona i wystraszona. Wielki hałas, klaksony samochodów, a w oddali pierwsze sygnału nadjerzdżającej pomocy. Miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się w zwolnionym tępię.
 Nie zrozumiałe słowa, zdania, Justin próbujący nawiązać z nim jaki kolwiek kontakt, i ja. Obróciłam się dookoła własnej osi, nieobecnym wzrokiem szukając samochodu, czarnego samochodu. Był rozbity o drzewo. Moje tętno przyśpieszyło jeszcze bardziej, kiedy jakaś postać wychodziła z niego. Starałam się bliżej mu przyjrzeć, więc nie zwracając uwagi na tłum, ponownie zostając uderzaną, zrobiłam dwa kroki w przód. Rysy twarzy. Takie znane, jakbym wcześniej je widziała. Wytężyłam wzrok jeszcze bardziej, i dokładnie w tym samym momencie, moje serce niemal wyskoczyło z mojej piersi. To był on! To był Christian. Nie mogłam w to uwierzyć, nie mogłam oddychać, nie mogłam zrobić nic, jedynie wciąż na niego patrzeć, kiedy i on dostrzegł mnie. Patrzeliśmy chwilę na siebie, a co jakiś czas biegający ludzie zasłaniali nas sobie. Mój oddech dosłownie uwięzną w moim gardle. Nikt go nie widział, nikt oprócz mnie. Posłał mi obrzydliwy uśmiech, przystawiając palec do ust. To, jak przerażona byłam, sprawiało, że miałam wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Szybko odwróciłam głowę w stronę Justina, po chwili odwracając się z powrotem. Nie było go. Mój zagubiony wzrok desperacko szukał postaci, która stała tam dosłownie dwie sekundy temu. Rozpłynął się. Pokręciłam głową, nie mogąc hamować łez, które leciały teraz po moich policzkach strumieniami, kiedy obracając się dookoła, wciąż go nie znajdywałam. Przyłożyłam ręce do głowy, która zaczęła pulsować z bólu. Spojrzałam w stronę wypadku widząc, jak pogotowie zajmuje się już ciałem Zacka, zakładając mu maskę tlenową, gdy leżał już na noszach.

- Justin - mruknęłam bardziej do siebie

- Justin! - Biegiem ruszając w stronę chłopaka stojącego nie opodal, szlochałam bez opamiętania. Szarpał się z funkcjonariuszem pogotowia, więc bez zastanowienie podbiegłam bliżej, łapiąc za ramie Justina - Justin! - krzyknęłam, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.

- Puść mnie kurwa, to mój przyjaciel! - wysyczał wściekle, odpychając mnie. Nie miałam mu tego za złe, był tak opętany wściekłością, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że to ja.

- Proszę nie utrudniać naszej pracy! - ratownik odpychając Justina, syknął równie wściekły, co on. Nie panowali nad sytuacją.

- Justin do cholery, to był on! - krzyknęłam bezradnie, a wręcz rozpaczliwie, zdobywając wreszcie jego uwagę. Podszedł bliżej, chwytając moją mokrą twarz w dłonie - Abygail, jaki kurwa on?!

- On, Christian, rozumiesz?! To on! - zacisnęłam mocno oczy, nie panując nad emocjami. Justin patrzył na mnie chwile, a jego oddech był szybki i nie umiarkowany. Puszczając moją twarz, odszedł krok w tył, przymykając oczy, i dłońmi przejerzdżając po twarzy - jesteś tego pewna?! - wydyszał, a ja jedynie skinęłam głową, pociągając nosem.

- Cholera, skąd możesz to wiedzieć, widziałaś go dwa razy w życiu! - znów się zbliżył, tym razem w garści trzymając moje ramiona.

- Jestem tego pewna, na pewno się nie pomyliłam - pokręciłam głową, spuszczając spojrzenie, i chowając twarz w dłonie.

- Kurwa! - Justin krzyknął wściekle, chodząc w kółko z dłońmi wplątanymi we włosy - zadzwonię po kogoś, kto odwiezie Cie do domu - odparł, szukając telefonu kieszeni. Spojrzałam na niego jak na idiotę, kręcąc przecząco głową.

- Nie ma mowy, rozumiesz?! Jadę z tobą! Policja w końcu przesłucha i nas, a ja widziałam wszystko dokładnie!

Charakterystyczny dźwięk zamykania drzwi od karetki dobiegł do naszych uszu, więc spojrzeliśmy na siebie równo. Justin momentalnie podbiegł w stronę karetki. Przymknęłam chwilowo oczy, nabierając głęboki wdech, i znów przedzierając się przez tłum, wycierając policzki dotarłam do karetki, gdzie był już Justin.

- Jeśli nie jest Pan nikim z rodziny, nie może Pan z nami jechać! - głos tego samego lekarza dotarł do moich uszu, kiedy bezradnie pokręciłam głową.

- Niech Pan chociaż powie, gdzie go wieziecie! - krzyknęłam nieoczekiwanie, zdobywając wzrok Justina.

- Wieziemy go na Mount Sans Hospital, po jakie kolwiek informacje zwracajcie się Państwo pod ten szpital - mówiąc tylko tyle, trzasnął drzwiami przed naszymi nosami, po chwili włączając syreny, i ruszając.

- Jedziemy tam - odparł niemal od razu.

- Jak chcesz się tam teraz dostać?! Metrem zajmie nam to ze dwie godziny! - krzyknęłam niedowierzająco. Ciągnąc moją rękę, wyszliśmy nieco z tłumu, stając z boku, gdzie rozejrzałam się dookoła.

- Zadzwonię po mojego znajomego - odparł bez emocji, szukając w telefonie odpowiedniego numeru. Kręcąc głową, oddaliłam się jeszcze kawałek, kucając, i opierając się o mur jednego z budynków.

Justin's POV.



 Oddychając szybko, i przymykając oczy, przystawiłem do ucha telefon, czekając, aż Ryan odbierze. Ze zniecierpliwieniem zacząłem chodzić w kółku, drugą ręką ciągnąc za swoje włosy, co miałem w zwyczaju robić, kiedy jestem zdenerwowany.

Drugi sygnał, trzeci... - Kurwa, obieraj! - Krzyknąłem sam do siebie, warcząc pod nosem.

Spojrzałem ukradkiem na Abygail, widząc ją skuloną pod ścianą, ale nie miałem czasu ani ochoty pocieszać jej teraz, bo najwyraźniej w świecie, nie miałem do tego głowy.

Po ostatnim sygnale odebrał.

- Kurwa jak nie masz co robić z telefonem to go odbieraj! - krzyknąłem wściekły.

- Justin? - spytał, na co zaśmiałem się bez humoru.

- Nie kurwa, duch święty! Nie ważne, masz dosłownie pięć sekund, żeby być pod metrem przy Central Parku - móiłem szybo, pod wpływem nerwów, rozglądając się, kawałek dalej widząc stację, pod którą staliśmy z Abygail niespełna pół godziny temu. Spojrzałem na nią jeszcze raz, upewniając się, że tu jest. Jeśli mówią prawdę mówiąc, że Christian tu jest, może być w niebezpieczeństwie, i zniknąć z mojego pola widzenia w ciągu sekundy.

 - Bieber mów o co Ci kurwa chodzi! Po chuja mam tam być?!

- Przestań pierdolić! Zack miał kurwa wypadek, jest w pierdolonym szpitalu, a ty kurwa masz mnie do tego pierdolonego szpitala zawieść!

Abygail patrzyła na mnie z przerażeniem, i nawet jeśli się mnie teraz bała, nie mogłem się tym zająć.

- Co?! Jaki kurwa wypadek? Zaraz tam będę, bądź pod metrem - rozłączył się, więc pośpiesznie schowałem telefon do kieszeni, podbiegając do zziębniętej dziewczyny. Miałem ochotę jebnąć sobie w pysk, nie zdając sobie wcześniej sprawy z tego, że nie ma niczego ciepłego. Po drodze ściągnąłem mój szary sweter z zaślepionymi ekspresami po bokach, stając obok trzęsącej się Abygail.

- Kochanie, wstań - mruknąłem, podając jej rękę, którą niepewnie chwyciła w swoją zimną, małą dłoń. Podniosła się,a drugą ręką dotknąłem jej zimnej skury na przedramieniu. Zacisnąłem mocno szczękę, podając Abygail ubranie - zakładaj.

- Nie, tobie będzie zimno - pokręciła głową, starając zatrzymać się dygotanie szczęki.

- W tej chwili to zrób! - uniosłem lekko głos, przeciągając górę przez jej głowę, kiedy posłusznie włożyła ręce w rękawy.

- Dziękuję - szepnęła.

Oblizałem usta, kiwając głową - Zaraz będzie po nas mój przyjaciel - mruknąłem, rozglądając się jeszcze po miejscu zdarzenia, oklejonego już taśmą policyjną, gdzie tłum powoli malał, a co za tym idzie, co raz więcej reporterów i fotografów byli już na miejscu robiąc zdjęcia,dosłownie wszystkiemu, szukając sensacji. Spojrzałem na Abygail - chodź, musimy być pod metrem - mruknąłem, kiwając w tamte stronę głową, i chowając dłonie do kieszeni, ruszyłem w tamte stronę.



                               ~~~***~~~***~~***~~~***~~~***~~~***~~~***~~~

Cześć i czołem! :D

Słuchajcie, mam sprawę, a mianowicie znów chodzi o komentarze :( Już było z nimi dobrze, komentowaliście rozdziały, więc nie trułam wam o nie, ale o komentarze pod poprzednim musiałam się prosić :( Co się z wami dzieje? Jeśli nie mam dla kogo pisać, blog naprawdę zostanie zawieszony, bo po prostu czuję, że nie doceniacie mojej pracy! Tak, jakbym pisała sama do siebie, ale tak, jak kiedyś mówiłam, nie oczekuję długiej notki na temat rozdziału, wystarczy zdanie, dwa słowa, bądź jedno. To tyle, jeśli chodzi o to.

Co do rozdziału, spodziewaliście się takiego czegoś? ;D Ale to nie koniec niespodzianek :D Mam nadzieję, że jest jeszcze ktoś, kto w ogóle to czyta :(

Do następnego, i kocham was mocno!

piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 16

"- Więc skoro chcesz, żebym odpieprzyła się raz na zawsze, po prostu stąd wyjdź..."









Rzuciłam się na łóżko, łkając cicho, a słowa Justina odbijały się echem w mojej głowie "To, co nas łączy, to tylko moja praca w twoim domu..."

Za każdym razem, kiedy krążyły w moich myślach, ciągle nie dając mi spokoju i przypominając mi o sobie, moje oczy zaciskały się mocno, broniąc się przed kolejną falą łez. Chciałam wymazać ten dzień z mojego życia, ponieważ teraz, po czasie który minął, uświadamiałam sobie co raz bardziej, jak naprawdę głupia byłam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że takim podejściem nie jestem dorosła, ale czy znam chociaż jedną osobę która w mojej sytuacji, nie uraniłaby teraz łez?

Podniosłam się do pozycji siedzącej.

Spojrzałam rozstrzępionym wzrokiem w podłogę. Było mi wstyd, za to co zrobiłam. Dlaczego to nie zdrowy rozsądek krzyczał głośniej, starając się wmówić mi, jak bardzo źle robię?
 Ale czy żałowałam mojej decyzji, kiedy mimo wszystko nie wiadoma odwaga pozwoliła mi wkroczyć w odpowiednim momencie? Nie.

Nie docierała do mnie cala ta sytuacja, która miała miejsce niespełna godzinę temu. Trzymając w dłoni naszykowaną deskę drewna, nie myślałam racjonalnie, a pod wpływem chwili.

Kiedy zdałam sobie w końcu sprawę, że Justinowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, kompletnie nie miałam władzy nad ciałem, a tym bardziej umysłem, ale czy do kurwy żałowałam? Nie.

Wytarłam kolejne łzy, wierzchem dłoni.

- Abygail? - podniosłam wzrok, marszcząc brwi.

- July? Czego chcesz? - pociągnęłam nosem, warcząc nieprzyjaźnie.

- Wszystko dobrze? - szepnęła cicho, kładąc rękę na moim ramieniu, i siadając obok mnie - drzwi były otwarte, więc weszłam

- Wszystko jest dobrze - mruknęłam, spuszczając spojrzenie.

Czy to takie złe, że chciałam mu pomóc?

- Przecież widzę, że nie jest ok, ale nie będę Cię do niczego zmuszać. Jeśli jednak chciałbyś pogadać, wiesz, gdzie mnie szukać.

Zmarszczyłam brwi, parskając pod nosem, i posyłając dziewczynie wrogie spojrzenie.

Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, to wyżalanie się koleżance i opowiadanie jej wszystkiego. To nie sprawiłoby, że poczułabym się lepiej, choćby próbując zaufać komuś, kogo nie darzyłam nawet koleżeństwem, przyjaźnią? To bez sensu.

- Dlaczego mówisz mi to teraz, kiedy obie wiemy, że ty nie lubisz mnie, a ja Ciebie?

- Nie wiem, wydawało mi się, że nie odnosisz wrażenia, że Cię nie lubię, to znaczy, nigdy tak nie myślałam - złączyła brwi, wiercąc się.

- A ja zapewne mam w to teraz uwierzyć? Przepraszam, ale jakoś trudno wierzyć mi w to, co mówisz - pokręciłam głową, patrząc na nią z nie dowierzaniem.

- Nie dziwię Ci się, byłam suką. Przepraszam - mruknęła. Jej policzki zaczerwieniły się, i gdyby nie to, że znam życie i ją, pewnie uwierzyłabym jej.

- Teraz pewnie mam uwierzyć w twoją zmianę na lepsze - parsknęłam.

Podwinęłam kolana do brody, oplatając je.

Między nami zapadła cisza, kiedy obie tępo wpatrywałyśmy się w podłogę. Nie miałam zamiaru jej wygonić, bo mimo, że nie zamierzam wypłakiwać się na jej ramię, świadomość, że ktoś przy mnie siedzi, jest lepsza od samotności, w której z pewnością nie miałbym skrupułów, wypłakiwać się w poduszkę, pozwalając jej chłonąć moje łzy, jedną, po drugiej. Nie musiałyśmy gadać, i tak w sumie było lepiej. Mimo wszystko, July nigdy szczególnie nie docinała mi i to w sumie ona była zdolna choćby do tego, by pożyczyć mi bluzkę, czy powiedzieć "cześć" w holu.

Ale czy te w sumie bez wartościowe rzeczy były warte docenienia? Oczywiście, że tak.

- Justin nie próbował Cię zgwałcić, czy coś, prawda? - spojrzała na mnie delikatnie, czekając na moją reakcję.

Spojrzałam na nią w szoku, od razu kręcąc przecząco głową - nie, no co ty? - westchnęłam.

Rudowłosa spojrzała znów w podłogę, a jej słowa nie wyparowały z mojej głowy od razu.

- Skąd w ogóle taki pomysł?

Przygryzła wargę, dłońmi jedząc wzdłuż swoich ud - Natalie ciągle o tobie ostatnio mówi. Nie wiem, czy jest to prawdą, bo obie wiemy, że lubi nieco koloryzować, ale mówiła, że widziała Justina wchodzącego w nocy z tobą do twojego pokoju, a rano, gdy wychodził. Nie uwierzyłam jej od razu, bo wydawało mi się to zbyt dziwne, nieprawdopodobne, jak na Ciebie

Westchnęłam, spuszczając wzrok.

- I co mam Ci teraz powiedzieć? Zaprzeczyć, i mówić jaką suką jest Natalie, mówiąc takie plotki? - parsknęłam, kręcąc głową, kiedy najgorsze co przewidywałam, stało się rzeczywistością.

Miałam tylko nadzieję, że Sara i Jessie zachowają się wobec mnie w porządku nie mówiąc nic nikomu. Nie wierzę, że July to jedyna, której o wszystkim powiedziała.

Oczy Julu rozszerzyły się dwukrotnie, a usta uformowały w literkę "o"

- Nie wierzę - pokręciła głową.

Ponownie zachciało mi się płakać. Cholerne poczucie wstydu tak zajęło moje myśli, że nawet zapomniałam powiedzieć moją wyćwiczoną na pamięć formułkę, mówiącą "Nic nie robiliśmy".

Westchnęłam zrezygnowana.

- July, proszę, nie oceniaj mnie, my na prawdę nic nie...

- Cholera, dziewczyno, przespałaś się z najgorętszym facetem w mieście! - pisnęła, klaszcząc w ręce.

Spojrzałam na nią zszokowana.

- Co? Nie! Cholera, nie przespałam się z nim, to nie tak!

-  Wiem, że jesteś wieczną dziewicą, i takie tam, ale nie ma powodu do wstydu! Wręcz przeciwnie! - zachichotała, łokciem uderzając mnie w ramie.

Przewróciłam oczami, i doskonale wiedziałam, że moje policzki już płoną. Zaśmiałam się pod nosem, na jej reakcję.

- Jul, błagam, nie komplikuj wszystkiego jeszcze bardziej, i pozwól mi to wytłumaczyć - jęknęłam, chowając kosmyk włosów za ucho.

Mogłam dostrzec jej łobuzerski uśmieszek i nic nie poradzę na to, że najzwyczajniej w świecie chciało mi się śmiać.

- A więc słucham - parsknęła śmiechem, zaciskając usta. Wiem, że robiła to, by nie śmiać się bardziej.

- Nie patrz tak na mnie, to straszne! - pisnęłam, po chwili wzdychając - Justin nocował u mnie raz, może dwa...

- Robiłaś to z nim więcej, niż raz?! Abygail, nie poznaję Cię! - zaśmiała się głośno, kiedy i ja parsknęłam, kręcąc głową - właśnie o to chodzi, że nic nie robiłam, rozumiesz?

July zmarszczyła brwi, przestając się śmiać.

- On tylko u mnie spał, próbowałam wytłumaczyć to tej idiotce, ale się nie dało - spojrzałam na July, która słuchała mnie z zaciekawieniem.

- I próbujesz mi powiedzieć, że mając okazję się z nim pieprzyć, nie skorzystałaś?! Jesteś głupsza, niż myślałam - zaśmiała się, kładąc na plecach na moim łóżku.

Przewróciłam oczami, kręcąc głową ze śmiechem.

- Proszę, przestań. Znam go dwa miesiące, a ty myślałaś, że już rozchyliłam przed nim nogi? - uniosłam brew.

Dziewczyna parsknęła, niby nie winnie bawiąc się rąbkiem swojej koszulki.

Kiedy nasze oczy się spotkały, wybuchnęłyśmy śmiechem. Wiedziałam, że ona tylko żartuje, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie przeszkadzało mi to. W sumie, była jedyną osobą która sprawiła dziś, że się śmiałam, nawet z rzeczy, przez którą nie mogłam spać ze strachu o nią.

- Ale tak zupełnie na poważnie, wiedziałam, że jesteś zbyt cnotliwa - zachichotała, podnosząc się do pozycji siedzącej - nie umiałam sobie tego wyobrazić, i choć wiedziałam, że coś jest na rzeczy, nie sądziłam, że dosłownie, i jak zwykle - nie pomyliłam się - uśmiechnęła się dumnie, niczym paw.

Zmarszczyłam brwi, wzdychając.

- Nie potrafi zrozumieć, że to, co łączy mnie z Justinem to... - zawahałam się, marszcząc brwi.

No właśnie, tu pojawia się pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi, nawet my sami. Czy w ogóle po tym, co się dziś wydażyło kiedy kolwiek się jeszcze spotkamy? Jeśli jest to rzeczywisty koniec, choć raz nie zamierzam się wpieprzać w to, co robi. Czy odpuszczam? Nie, daję mu po prostu wolną rękę - to po prostu przyjaźń - wzruszyłam ramieniem.

 - A mi się wydaję, że jest zazdrosna - parsknęła.

- Dlaczego miałaby być? - zdziwiłam się.

- Wiesz, że to totalna suka, nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś może mieć coś lepszego, albo być lepszym. Widocznie Cuper znudził się jej, bo już Ci go odbiła - mruknęła.

Była bezpośrednia, i nie próbowała być delikatna w słowach, ale prawda jest taka, że jakie kolwiek delikatniejsze słowa nie ukoloryzują szarej, i prawdziwej rzeczywistości. Taka była prawda, odbiła mi go, ale to nie ona się do tego przyczyniła.

- Pewnie tak. Ale dalej nie rozumiem. Chodzi jej teraz o to, żeby odbić mi Justina? - zaśmiałam się kpiąco.

July uniosła brew, a znajomy uśmieszek zagościł na jej twarzy - a jest co odbijać?

- Nie.
 ***


 - Daj mi to chociaż wytłumaczyć! - jego zdesperowany wzrok błądził po mojej twarzy, a dłoń desperacko i mocno, zaciskała na moim nadgarstku.

- Co chcesz jeszcze tłumaczyć? Powiedziałeś to, co miałeś, wydawało mi się, że tego właśnie chciałeś, żebym się nie wpieprzała!

Krzyczałam, z całej sił próbując się wyszarpnąć. Każde moje staranie szło na marne, jedynie wkładałam nie potrzeby wysiłek w jaką kolwiek sprzeczkę z nim, był po prostu silniejszy, a ja nie mogłam na to nic poradzić.

- Nie zachowuj się jak dziecko, do cholery! - warknął, przez zaciśnięte zęby.

Spojrzałam na niego przerażona, jak i pełna niedowiary. Pokręciłam głową, parskając, kiedy spojrzałam w jego oczy.

- Ja zachowuję się jak dziecko... - zaśmiałam się bez humoru, posyłając mu bezczelne spojrzenie.

Nie mogłam na niego patrzeć, jego lodowate spojrzenie wręcz bolało.

- Ja zachowuję się jak dziecko - prychnęłam kręcąc głową - to ja zachowuję się jak pieprzone dziecko, kiedy ty jesteś nie lepszy!

Justin nawet nie drgnął, a jego klatka piersiowa unosiła się szybko, kiedy wciąż kurczowo trzymał mój nadgarstek.

- Puść mnie! - krzyknęłam, znów się wyszarpując. Dyszałam przerażona, kiedy gwałtownie przycisnął mnie do swojego ciała.

- Mówiłem Ci, żebyś się nie wpierdalała, a ty niczym małe dziecko wleczesz się za mną! Nie znasz kurwa swojej drogi?!

Puścił mnie, lekko odpychając, i wplątując palce we włosy, stając do mnie tyłem.

Patrzyłam na jego plecy, z czystą nienawiścią. Nie miałam ochoty już nawet płakać, może po prostu znudziło mi się to? Przestało mi to pomagać? Tak, przestało, ale oprócz tego nienawidziłabym siebie do końca, pozwalając mu teraz patrzeć na moje łzy, a później dostawać nie szczere przeprosiny.

- Skoro tak bardzo mnie nie znosisz, co tu jeszcze kurwa robisz!? - krzyknęłam - czego chcesz?! Czemu nie wyjdziesz?! Nie zostawisz mnie w spokoju?! - podeszłam do chłopaka, bezradnie uderzając pięściami w jego plecy.

- Dla czego nie powiesz mi wprost, że masz mnie dość!? Dlaczego tak jak miesiąc temu, nie wyjdziesz stąd i nie pierdolniesz drzwiami?!

Justin odwrócił się do mnie bokiem, więc teraz obijałam jego ramie. Patrzył na mnie zły, jednak ja nie przestawałam mówić dalej. Stopniowo wyrzucałam z siebie cały ból, i wszystko, co o nim myślę.

Nie był inny, niż wszyscy inni. Był taki sam, bez uczuciowy, i bez szacunku do mnie całymi dniami mnie wyśmiewał. Godziłam się na to, robiąc z siebie ofiarę losu. Co mnie w nim na tyle zaintrygowały, że dopiero po takim czasie otworzyłam oczy, widząc go jak normalnego, szarego człowieka, a nie jak na bóstwo, które jest moim strużem? Cokolwiek to było, minęło.

- Nigdy do niczego Cie nie zmuszałam, nie kazałam Ci widywać się ze mną, nie prosiłam o nic! Rozumiesz?! O nic! Kiedy wreszcie uratowałam twoją pierdoloną dupę ty odwdzięczasz mi się czymś takim?! Jesteś egoistą, nie potrafisz docenić pomocy! - czułam, jak powoli się łamię - Zrobiłam to, mimo tego, że sama się bałam, mimo tego jak mnie traktowałeś, jak małe dziecko, śmiejąc się ze mnie, a teraz masz czelność stać tu, i mówić, że jestem dziecinna?! - ostatni raz uderzyłam ramie Justina, najmocniej, jak potrafiłam.

Nie byłam w stanie już tego ukrywać, słone łzy spłynęły po moich policzkach, kiedy Justin patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami, i ustami.

Staliśmy na przeciwko siebie, a w tle słychać było jedyne mój szloch, i głośny oddech Justina.
Nie wiedziałam, co teraz zrobi. Wyjdzie bez słowa, nie wracając nigdy? Nie chciałam tego, ale tak byłoby najlepiej, i oboje dobrze o tym wiedzieliśmy. Jesteśmy inni. Jaka relacja ma szansę między nami istnieć? Przyjaźń? To głupota, mimo, że sama przekonywałam siebie do tego, nie umiałam dłużej okłamywać siebie samej, bo nie ma czegoś takiego, jak przyjaźń między dorosłym facetem, a nastolatką.

Usłyszałam głośne westchnięcie Justina, więc ocierając łzy, spojrzałam na niego.

- Nie znam pierdolonej odpowiedzi, na żadne twoje pierdolone pytanie.

- Więc skoro chcesz, żebym odpieprzyła się raz na zawsze, po prostu stąd wyjdź.

Justin przygryzł wargę, mrużąc oczy. Przymknęłam swoje, czekając na to, co zrobi. Byłam pewna, że wyjdzie, byłam na to gotowa. Chciałam tylko, żeby zrobił to, zanim łzy w moich oczach na nowo wypłyną.

Poczułam silne ramiona oplatające mnie dookoła, więc bez słowa zrobiłam to samo. Położyłam głowę na klatce piersiowej Justina, zamykając oczy. Wciąż nie miałam pojęcia, co robi, może się żegna? Jeśli tak miało być, nie zamierzam go zatrzymywać.

- Nie wiem, co mam kurwa powiedzieć. Masz rację we wszystkim co powiedziałaś, po prostu przepraszam - szepnął, całując czubek mojej głowy.

Marszcząc brwi, otworzyłam powieki, puszczając Justina, i wyzwalając z jego uścisku. Zrobiłam krok w tył, patrząc w jego oczy.

- To nic nie zmienia, popełniłam błąd, racja ale...

- Owszem, ale nie tylko ty. Oboje zachowujemy się jak pieprzone szczeniaki - przejechał dłońmi po twarzy.

Westchnęłam, krzyżując ręce na piersi, i spuszczając spojrzenie.

- To nie jest już istotne, bardziej zastanawia mnie po co tyle tej szopki? Po cholerę tyle krzyczysz? Gdybyśmy porozmawiali wczoraj spokojnie, wszystko dotarło by do mnie równie dobrze - spojrzałam smutna na chłopaka, który westchnął.

- To wszystko jest bardzo skomplikowane, po prostu staram się, żebyś trzymała się jak najdalej od tego, co robię poza pracą tu, to nie bezpieczne, a ty po prostu cały czas mi to utrudniasz - pokręcił głową.

Parsknęłam.

- I może teraz chcesz mi wyznać, że masz jakiś straszliwy gang, który morduje wszystkich - uniosłam brew.

Justin przewrócił oczami, uśmiechając się przy tym delikatnie.

- Nie, to zupełnie co innego - kręcąc głową, przymknął oczy.

- Nudzi mnie zabawa, gdzie jesteś gangsterem, a ja jakąś... nie wiem kim, kimś kogo musisz bronić? Jedno twoje słów, a zniknę na zawsze - wzruszyłam ramionami.

Justin spojrzał na mnie, kręcąc głową.

- To nie jest żadna zabawa, powinnaś po prostu zrozumieć, że mam swoje sprawy, a poza tym, nie ma mowy, żebyś gdzie kolwiek znikała - spojrzał z niedowierzaniem w moje oczy.

- Dobrze, rozumiem, ale czy to był powód, żeby od razu tak na mnie naskakiwać?

- Nie, nie był, ale widząc Ciebie wtedy w tym magazynie, miałem wrażenie, że to jakiś pierdolony sen

- Dla mnie na porządku dziennym też nie było, zobaczenie Ciebie z pistoletem przy skroni - burknęłam.

Podeszłam do okna opierając łokcie o parapet.

 - Swoją drogą, możesz powiedzieć mi, jakim sposobem dostałaś się na piętro? Przecież na dole jest recepcjonistka, więc jeśli mi powiesz, że po prostu Cię wpuściła, będę musiał ją zwolnić - zachichotał.

Zarumieniłam się, spuszczając głowę z uśmiechem. Odwróciłam głowę w kierunku Justina, widząc, jak powolnym krokiem zbliża się w moja stronę.

- Nie, nie miała zamiaru mnie wpuścić, więc musiałam jakoś to załatwić... - mruknęłam.

Justin zaśmiał się chrypliwie, kiedy posłałam mu niewinne spojrzenie.

- Jak to zrobiłaś? Ochronę też ominęłaś? Jeśli tak, ich też muszę zwolnić - oparł się o ścianę.

Westchnęłam, śmiejąc się, i kręcąc głową.

- Kiedy nie chciała mnie wpuścić, po prostu wbiegłam na schody, zanim miała szansę zawołać ochronę - wzruszyłam ramionami.

Justin uniósł brew, z rozbawieniem kręcąc głową.

- Wolałbym, żebyś więcej tego nie robiła, Ab. Ostatnim razem, chodziły plotki, że jesteś moją córką.

Spojrzał na mnie z uniesioną brwią, przystawiając pięść do ust.

Mój uśmiech stopniowo schodził z mojej twarzy a zastępował go  szok, i wszystkie myśli w mojej głowie, mówiące, jak to jest możliwe?

- Cholera, przepraszam, nic nie wiedziałam...

- Nie przepraszaj - przerwał mi, kręcąc głową - nie mogłaś tego wiedzieć, skąd? - uniósł brew, uśmiechając się lekko.

Westchnęłam.

- Wiesz, że nie o to chodzi, po prostu, znów możesz mieć przeze mnie kłopoty - spojrzałam na swoje dłonie.

- Nie mów tak, to były tylko głupie, dziecinne plotki, i w sumie sam byłem zdziwiony, bo miałem nadzieję, że pracuję między poważnymi ludźmi - przewrócił oczami, wzdychając.

Skinęłam tylko głową, nie wiedząc, co miałabym jeszcze dodać. Między nami zapadła chwilowa cisza.

Poprawiłam dłonie na parapecie, mrużąc oczy, i obserwując ulicę.

Justin odepchnął się od ściany, stając obok mnie, zarzucając ramie na mój kark, i przyciagając mnie bliżej swojego boku, a ja w pełni poddając się jego ruchom położyłam głowę na jego ramieniu, więc teraz oboje wpatrywaliśmy się w gwieździste niebo. Odetchnęłam, na chwile przymykając oczy, zastanawiając się, kiedy następnym razem będziemy mieli szanse choć na chwile nie odzywać się, nie krzyczeć na siebie i po prostu cieszyć się swoim towarzystwem w ciszy, tak po prostu.

Lekki uśmiech wdarł się na moje usta, bo teraz w pełni uświadomiłam sobie, że nie po tym wszystkim, co powiedziałam, nie wyszedł, i miałam nadzieję, że nie będziemy więcej kłócić się o takie rzeczy. Oczywiście, to nie tak, że gdyby zrobił inaczej, biegłabym za nim. Dał by mi wtedy w pełni do zrozumienia, że nie ma zamiaru więcej się ze mną widywać, a ja uszanowałabym to, przez jakiś czas na pewno to przeżywając, ale co z tego, jeśli jemu było by to bez różnicy?

- Wiesz, tak sobie pomyślałem, czy nie miałbyś ochoty na...

Dźwięk jego telefonu przerwał mu, tym samym czar chwili prysnął niczym mydlana bańka, spojrzałam na chłopaka, który odrzucając głowę do tyłu, warknął, posyłając mi przepraszające spojrzenie.

Zachichotałam, widząc jego reakcje, kiedy puszczając mnie, wyjął telefon z kieszeni spodni, odbierając go. Tym samym zostawił mnie z ciekawością i niepewnością tego, co chciał mi za proponować, i czekać, aż skończy rozmowę.

Justin odszedł kawałek, wdając się w rozmowę. Ja ponownie spojrzałam w okno, chichocząc pod nosem, kiedy wyraźnie słyszałam jego niezadowolony ton i to, jak nie angażował się w nią, z kimkolwiek rozmawiał.

Westchnęłam.

- Mhmmm... - mruknął, przewracając oczami - ta, dobranoc - Justin schował telefon do kieszeni, oblizując usta. Odwróciłam się w jego kierunku, przygryzając wargę.

Justin posłał mi spojrzenie, kiedy przymrużył oczy.

- Widzisz, Abygail, dzwoniła moja sekretarka, - mruknął, podchodząc w moim kierunku bardzo powoli -  i muszę Ci powiedzieć, że sytuacja wygląda całkiem zabawnie - dodał.

Zmarszczyłam brwi, otwierając usta, chcąc coś powiedzieć.

- I tak się składa, że recepcjonistka kazała jej, przekazać mi, że jakaś kolejna małolata, robiła sobie żarty, tyle, że ta sprawa jest poważniejsza, ponieważ wtargnęła na dalszy teren - mruknął z lekkim uśmieszkiem, krzyżując ręce na piersi, kiedy stanął już na przeciw mnie, niemal przyciskając swoją klatkę piersiową, do mojej.

Zacisnęłam usta w cienką linkę, spuszczając wzrok, i jestem pewna, że moje policzki były już czerwone...

- Masz może pomysł, kto to mógł być? - podniósł palcami mój podbródek, przysuwając się jeszcze bliżej.

Przygryzłam wargę, czując jak oddech utknął w moich płucach. Z uniesioną brwią, wpatrywał się w moje oczy, a oczywiste było, że doskonale wiedział, że byłam to ja. Widząc moją reakcję, zaśmiał się chrypliwie, tym samym sprawiając, że ocknęłam się, z grymasem, krzyżując ręce na piersi.

- Przepraszam, ok? - przewróciłam oczami.

- Po prostu zapomnimy o tym - pokręcił głową - w sumie, masz szczęście, że nie zadzwoniła na policję - dodał.

Moje oczy rozszerzyły się dwukrotnie.

- O cholera, o tym też nie pomyślałam - przystawiłam rękę do czoła

- Nie musisz się tym martwić, jakoś to załatwię - wzruszył ramieniem.

- Jesteś kochany - mówiąc tylko tyle, wtuliłam się w tors Justina.

Justin uśmiechnął się, po czym oblizał usta.

- Na czym skończyłem? A tak - znów oblizał usta... - chciałem zapytać, czy masz ochotę na spacer - odsunął się już lekko, a moje oczy przepełniły się nadzieją.

Spojrzałam na chwilę w okno, widząc, że jest już ciemno. Westchnęłam, zastanawiając się, czy jest możliwość, aby który kolwiek z opiekunów o zdrowym rozumie wypuścił mnie z domu.

- Chciałabym, ale obawiam się, że z twoich planów nic nie będzie, Justin... - posłałam chłopakowi porozumiewawcze spojrzenie.

Przymrużył oczy, jakby myśląc nad czymś - wiem, że jest późno, ale mam dobre kontakty z Jamesem. On jest twoim opiekunem głównym, prawda?

Skinęłam głową.

 - Pogadam z nim, chodź - mruknął, ruszając do wyjścia, więc lekkim biegiem ruszyłam za nim.

- Nie wiem, czy to jaki kolwiek sens...

Pokręciłam głową, zamykając pokój na klucz.

- Chociaż raz nie marudź, i po prostu ze mną chodź - westchnął, chwytając mój nadgarstek, i wręcz wlekąc w stronę schodów.

Zeszliśmy do holu, gdzie nie było już prawie żywej duszy. Nie ma się co dziwić, wszyscy podopieczni obowiązkowo powinni być już rozliczeni z godzin, których byli poza domem, i siedzieć w swoich pokojach, biorąc prysznic. Prawda była taka, że nie wolno było teraz nawet przebywać w pokojach innych podopiecznych, mimo, że i tak to robili, organizując sobie jakieś "imprezy", przez które czasem nie mogłam spać.

Czy czułam się sama, słysząc, jak połowa domu baluje, w czasie kiedy druga połowa i tak się spotykała ze znajomymi z sąsiednich pokoi? Czasem tak, ale czy to nie było oczywiste?

Stanęliśmy przed drzwiami do pokoju Jamesa, chwile patrząc na siebie. Justin nic nie mówiąc, zapukał, a po usłyszeniu "proszę" otworzył drzwi, przepuszczając mnie w nich.

Posłał mi zachęcające spojrzenie, więc weszłam do środka, a kiedy i on to zrobił, zamknął za sobą drzwi.

James widząc nas, uniósł brwi w zdziwieniu, i wcale nie ukrywał tego. Poprawił się na krześle, odklejając wzrok od swojego laptopa.

- Abygail? Dlaczego nie jesteś jeszcze w łóżku? - zdziwił się, wyraźnie nie zadowolony. Przygryzłam wargę, nie wiedząc co powiedzieć.

Spojrzałam na Justina, który usiadł na krześle przed biurkiem Jamesa.

- James, mam do Ciebie sprawę - mruknął.

- O co chodzi? I powtórzę moje pytanie, czemu Abgail nie jest w łóżku?

- James, nie denerwuj się, nie jest w łóżku, bo mam nadzieję, że pozwolisz mi wziąć ją na spacer - Justin spokojnie odrzekł, a jego twarz nie wyrażała emocji, w czasie, kiedy ja byłam cholernie spięta.

James zmarszczył brwi, patrząc na Justina, jakby miał pięć głów, jednak on wciąż pewnie patrzył w jego stronę.

- Oboje sobie ze mnie żartujecie - pokręcił głową - Jesteś nie poważny, Justin? Jest dawno po siódmej, Abygail powinna być w pokoju - spojrzał na Justina karcącym wzrokiem, jednak on siedział nie wzruszony.

- James, jestem jak najbardziej poważny, zanim zapytasz, tak, liczę na to, że pozwolisz mi ją zabrać.

- Nie ma mowy, jutro też jest dzień...

- Wiem, wiem - przewrócił oczami - stary, przecież mi ufasz, tak? Wiesz, że nic jej się ze mną nie stanie

- Nie o to chodzi, ten dom jest za nią odpowiedzialny, po godzinie siódmej, wszyscy muszą być w domu, ewentualny dłuższy czas jest możliwy tylko w weekendy, a ty - spojrzał na mnie, więc od razu uniosłam spojrzenie - dobrze o tym wiesz, Abygail.

Skinęłam głową, wzdychając. Posłałam Justinowi jedno krótkie, wymowne spojrzenie, a on w odpowiedzi jedynie przeniósł wzrok na Jamesa. To wyglądało, jakby miał ułożony w głowie jakiś plan, biorąc pod uwagę, to jak spokojny jest.

Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, jak zamierza przekonać Jamesa.

- Nie miej jej tego za złe, James, to był mój pomysł - oblizując usta, poprawił się na siedzeniu -   Daj na nam dwie godziny, wróci cała i zdrowa

James, spuścił nieco głowę, marszcząc brwi, zapewne myśląc o tym, co ma zrobić.

Przygryzłam wargę zdesperowana, wyczekująco patrząc na Jamesa.

- Zastanawia mnie tylko, po co chcecie wyjść tak późno - spojrzał na nas podejrzliwie

- Właśnie o to chodzi, że nie jest późno. Może tu jest to nie do przyjęcia, ale po prostu oboje lubimy wieczorne spacery - wzruszył ramionami.

Opiekun westchnął, przejeżdżając dłońmi po twarzy, po czym przeniósł wzrok na Justina.

- Nie wiem, dla czego się na to zgadzam - pokręcił głową, a na mojej twarzy pojawił się znikomy uśmiech - macie dwie godziny, i ani chwili dłużej

- Jasne, będziemy na czas - Justin wstał z miejsca, ruszając w moim kierunku

- Nie tak szybko - dodał.

Justin stojąc do mnie zwrócony twarzą, przewrócił oczami, uśmiechając się znikome, na co zachichotałam.

- Robię to tylko dla tego, że Ci ufam, Justin. Jest to pierwszy, i ostatni raz, kiedy zgadzam się na coś takiego - spojrzał na Justina zupełnie poważnie, przenosząc wzrok na mnie, na zmianę. Justin skinął głową, a James zwrócił się do mnie - weź ze sobą bluzę, bo wieczory są chłodne. Za dwie godziny masz przyjść tutaj, i upewnić mnie, że jesteś - tak samo skinęłam głową, zaciskając usta w cienką linkę.

- Dzięki stary - mruknął Justin, gdy wyszliśmy z gabinetu Jamesa.

Odetchnęliśmy, zamykając drzwi, i posyłając sobie wymowne spojrzenia, ruszyliśmy w stronę wyjścia.




Szliśmy powolnym krokiem, stopniowo oddalając się od domu, a między nami panowała grobowa cisza, która przerwana była szumem samochodów, metra i wszystkiego co jeździ na ulicy centralnej, przy której byliśmy co raz bliżej.

- O co chodzi Justin? - mruknęłam, nie patrząc na chłopaka, a na swoje buty.

Doskonale wiedziałam, że ma jakiś cel poprzez ten spacer.

- O co chodzi tobie? - mruknął.

Westchnęłam.

- Przecież nie jestem głupia, wiem, że po coś mnie wyciągnąłeś z domu - wzruszyłam ramionami, wciąż nie posyłając mu spojrzenia.

- Uważasz, że spotykam się z tobą tylko w jakimś celu?

Przewróciłam oczami - wiesz, że nie to mam na myśli, zapewne nie chciałeś rozmawiać o czymś w domu - odparłam pewnie.

- Masz rację - westchnął - chciałem porozmawiać na spokojnie, gdzieś, gdzie jesteśmy sami, a w twoim domu mieszka wiele dzieciaków, każdy mógłby coś usłyszeć.

- Więc teraz mów, co Cię trapi - odwróciłam głowę, ku Justinowi. Oblizał usta, chowając ręce do kieszeni swoich nisko opuszczonych w kroku spodni.

- Zastanawia mnie, jak wpadłaś na pomysł, żeby się ze mną spotkać? To, że znalazłaś karteczkę z informacjami wiem, musiała wypaść mi z kieszeni - mruknął -  ale coś musiało skłonić Cię wcześniej - dodał.

 Spuściłam głowę, myśląc nad jego pytaniem. Nie znałam na nie odpowiedzi już kiedy wpadł mi do głowy ten pomysł, więc co niby miałam mu powiedzieć? Że miałam jakieś prorocze przeczucie? To nie ma sensu, bo to, że moje myśli się potwierdziły, to nic innego jak zwykły przypadek.

- Sama chciałabym znać odpowiedź.

Ukradkiem dostrzegłam, jak zmarszczył brwi.

- Nie rozumiem.

- Ja też - mruknęłam.

 Między nami zapadła chwilowa cisza.

- Wydaję mi się, że po prostu było to przeczucie. Jeśli wiesz, co mam na myśli, to znaczy, to ostatnie wydarzenie pod Starbucksem... Byłam przewrażliwiona - spojrzałam na Justina, który również na mnie patrzył. Analizował w głowie to, co mówię, po czym zachichotał.

- Masz w głowie jakiś czujnik? - uśmiechnął się.

- Jestem kobietą - pokręciłam głową, ze śmiechem.

Powoli zbliżaliśmy się do ulicy centralnej, więc okolica byłą co raz bardziej oświetlona. Spojrzałam dyskretnie na Justina, i zobaczyłam dokładnie to, co myślałam. Lekkie światło padało na jego idealną twarz, oświetlając jego profil. Wyglądał, jakby był jeszcze mocniej zarysowany, co wyglądało bardzo seksownie.

Nie teraz, Abygail.

Westchnęłam.

- Nigdy nie powinno Cię tam być.

Przewróciłam oczami.

- Wiem, ale teraz z perspektywy czasu, boję się pomyśleć, co by było, gdybym nie przyszła - zaczęłam się jąkać, zdobywając od Justina zaciekawione spojrzenie. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć - nie przerywaj mi - upomniałam go.

- Chodzi mi raczej o to,m ze nie rozumiem - podniósł lekko głos, chcąc mnie przekrzyczeć.

Spojrzałam na niego jak na idiotę.

- A czego w tym nie rozumiesz? Byłeś tam, miałeś pistolet przy skroni, a ty mówisz, że nie wiesz o co chodzi? - zmarszczyłam brwi, zatrzymując się na skrzyżowaniu ulic.

- Kiedy siedziałam w kącie, przyglądając się wszystkiemu, nic do mnie nie docierało, to, jak tam się znalazłam, i po co. Kiedy wyraźnie widziałam, że nie dajesz sobie rady, o wiele wcześniej chciałam wyjść, ale pojawił się ten drugi... - westchnęłam - chciałam dać temu szansę, mówiłam sobie, że w końcu wiesz, co robisz, ale tak chyba nie było - Justin spojrzał na mnie spode łba - na końcu, wbrew sobie, zamknęłam wszystkie głosy w mojej głowie, które pieprzyły, jakie to niebezpieczne, zupełnie jak ty - parsknęłam - i po prostu to zrobiłam! Myślisz, że żałuję? - czułam, jak łzy zbierały się pod moimi powiekami, kiedy oparłam plecy o mur budynku.

- Abygail...

- Nie do cholery, jeśli masz dalej mnie pouczać, daj sobie spokój - pokręciłam głowa, kiedy chłopak coraz bardziej się do mnie zbliżał.

 - No już dobrze, uspokój się - mruknął wprost do mojego ucha, zamykając mnie w szczelnym uścisku.

Przymknęłam oczy w zachwycie, kiedy jeździł dłonią wzdłuż moich pleców. To takie uspokajające.

- Po prostu widząc Cię wtedy wystraszyłam się - dodałam.

Justin nic już nie mówiąc, kontynuował głaskanie moich pleców, a ja miałam wrażenie, jakbym się rozpływała. Zapomniałam kompletnie o bożym świecie, zastanawiając się, o czym myśli.

- Po prostu nie wyobrażam sobie, co było by gdyby...

- Nie gdybaj. Wszyscy żyją - wychrypiał.

Nie mówiąc nic, odkleiłam głowę, od klatki piersiowej chłopaka,unosząc głowę, patrząc na jego idealną twarz. Oblizał usta spuszczając głowę, by móc spojrzeć na mnie. Uśmiechnął się złośliwie widząc, że zerkam na jego usta, po czym ponownie je oblizał, wolniej.

Pieprzony prowokant.

Chichocząc, zbliżył swoja twarz do mojej, a w moim gardle utknął mi oddech. Zbliżając się jeszcze bardziej, ujął moje policzki w dłonie, przedtem zabierając je z moich pleców. Przymknęłam oczy, po chwili czując, jak Justin złączył nasze usta, wcale nie delikatnie, a wręcz mocno. Bez zastanowienia oddałam pocałunek, ani przez chwilę nie myśląc, że stoimy niemal na środku ulicy.

Zawiesiłam ręce na jego kark, ponieważ był zbyt wysoki, a stanie na palcach nie pomagało mi zbytnio.

Poruszałam lekko ustami, czując jak jego nos wbija się w mój policzek, a jego ręce zjechały na moje boki. Przez moje ciało przebiegł dreszcz, kiedy coraz bardziej wczuwałam się w pocałunek, a odcinałam od świata realnego, jednak nie mogąc dłużej wytrzymać bez oddechu, oderwałam się od Justina, nabierając głęboki wdech.

Spojrzałam w oczy Justina, kiedy oparł swoje czoło, o moje.

- Będziesz ostrożniejszy? - mruknęłam.

Justin przygryzając wargę, skinął głową.

- Obiecaj, Justin.

- Obiecuję.




                                        ~~~***~~***~~***~~***~~***~~***~~

Dzieeeeeeeeeeeeeeń dobryyyy!!! :D Rozdział 16 mamy z głowy, więc teraz zastanawiamy się nad 17, hmmm? ;) Postaram się dodać szybciej, więc przepraszam, że tak długo, ale ilość nauki nie ograniczona ;-;

CZYTASZ?=KOMENTUJESZ!

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 15

"- To, co słyszałaś. Jesteś kolejną szczeniarą, robiącą sobie żarty..."


                                                      CZYTASZ?= KOMENTUJESZ!




Justin's POV.

- Ab, na  prawdę Cię przepraszam, nie mogę dziś do Ciebie przyjechać. Mam parę ważnych spraw na mieście - mruknąłem, wzdychając. Bawiłem się długopisem między moimi palcami, podczas gdy druga ręka była zajęta trzymaniem telefonu.

- Justin, rozumiem, ale skoro wiedziałeś, że będziesz zajęty, po co obiecywałeś? - odrzekła smutna, kiedy oblizałem wargi, szukając umowy, którą zgubiłem gdzieś w bałaganie na moim biurku.

- Wiem, ale kompletnie zapomniałem o czymś naprawdę ważnym - odłożyłem długopis, i wolną dłonią przejechałem po twarzy, chcąc rozbudzić się jak kolwiek.

Cóż, to chyba normalne, że gdybym nie miał nic na głowie, najzwyczajniej w świecie spotkałbym się z Abygail, gdyby nie spotkanie z Zackiem, które jest śmiertelnie ważne. Są rzeczy ważne, i ważniejsze, ale w tym przypadku Aby jest tylko ważna. Było już po czwartej, co oznaczało, że do spotkania z Zaciekm została mi ponad godzina. Spojrzałem na małą karteczkę z dokładną godziną i miejscem spotkania. Wolałem być pewien biorąc pod uwagę ten cholerny natłok w firmie.

Aby westchnęła zrezygnowana, kiedy nie odezwała się już ani słowem.

- Przepraszam, tak wyszło - szepnąłem, gryząc policzek o środka, i myśląc nad tym, co mógłbym jeszcze powiedzieć. W tym przypadku, jaka kolwiek wymówka nie byłaby wiarygodna, a oczywiste, że nie mogę powiedzieć jej prawdy. W żadnym stopniu jej to nie dotyczy, i nie dotyczyć powinno.

- W porządku, muszę kończyć - rozłączyła się. Warknąłem, patrząc na wyświetlacz, i przewróciłem oczami chowając telefon z powrotem do kieszeni.

- Ja pierdolę - mruknąłem sam do siebie, czując się źle, że obiecałem jej coś ale nie dotrzymałem słowa. Cóż, trudno.

Wstałem z mojego obrotowego fotela, poprawiając marynarkę, i karteczkę chowając do kieszeni. Upewniłem się jeszcze, że wziąłem wszystkie rzeczy, i ruszyłem w stronę wyjścia. Po drodze zgasiłem jeszcze światło, i zamknąłem mój gabinet na klucz. Ruszyłem wzdłuż korytarza, wyłożonego brązową wykładziną, oraz przyozdobionym dużymi, pełnymi obrazami po obu stronach ściany. Wcisnąłem guzik od mojej windy, tym samym sprawiając, że natychmiast wielkie metalowe drzwi do jej wnętrza rozsunęły się, a ja wchodząc, nacisnąłem guzik prowadzący windę na parter. Kiedy drzwi zasuwały się, moje serce podchodziło niemal do gardła, a wszystko przez moją pieprzoną klaustrofobię...



Abygail's POV.

Żuciłam telefon na łóżko, warcząc pod nosem. Pokręciłam głową, wzdychając. Coś było nie tak. Znów. Po prostu czułam to, tyle, że nie miałam pojęcia, co jeszcze mogłoby się dziać, ale jego ton głosu, i jakby nieobecność zdradzały go. Wczoraj wieczorem Justin przyszedł, i wyjaśnił mi wszystko. Tym samym zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, i jestem w stu procętach pewna, że nie ma złych intencji wobec mnie. Ta, wyjaśnił mi sprawę z Jaxonem, ale to nie on mnie interesuję. Christian... To imię nie dawało mi spokoju.

Przymknęłam na chwilę oczy, chowając głowę w dłonie. Zagłębiając się w myślach, za wszelką cenę chciałam jeszcze raz wyświetlić sobie całą tę niespodziewaną dla mnie sytuację, jego spojrzenie. Było okropne, zimne, gorzkie... jakby można było zobaczyć w nim czyste zło, i jakby ból?

To takie chore, nie możliwe jest "czytać" z czyichś oczu, mimo, że potocznie są one odzwierciedleniem duszy. Tak słyszałam, bo tak mówią wszystkie zapalone romantyczki.

Opadłam na plecy na łóżko za nimi. Pokręciłam głową, wciąż trzymając na niej dłonie. Biłam się z myślami, mówiącymi mi różne rzeczy. Jedne za wszelką cenę starały się przekonać mnie, żebym nie węszyła, bo to nie jest moja sprawa, a tym bardziej, nie wiem, z kim mam do czynienia, i również mam tu na myśli Justina. Myślę, że to był zdrowy rozsądek, i myślę, a raczej jestem pewna tego, że jak zawsze słuchałabym się go, i od niebezpieczeństaw, jakim bez wątpienia był "stary znajomy" Justina, trzymałabym się z daleka. Posłuchałabym, gdyby nie inne myśli, które miały tak absurdalne, i niedorzeczne pomysły, jak szukanie Justina.

Zmarszczyłam brwi. Po co miałabym to robić? Przede wszystkim, gdzie miałabym go szukać w tak wielkim mieście? Prychnęłam. Podniosłam się do pozycji siedzącej, chwytając telefon leżący w zagłówku łóżka, i wyszłam z pokoju. Nie wiedziałam, co robię, ale chciałam mieć pewność, że Justin nie zrobi nic głupiego. Najzwyczajniej w świecie, chciałam z nim porozmawiać, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic.

Jesteś nie poważna, robisz z igły widły, i bawisz się w Sherlocka?!

Nie ważne, co robię. Po prostu chcę spotkać się z nim, i mimo, że ma ważne sprawy, muszę go zobaczyć. Nie wiedziałam, gdzie mogłabym go szukać, oprócz jego firmy, a z tego co wiem, o tej godzinie z pewnością jest jeszcze w pracy. Tak! Jego firma, tam właśnie pójdę.

- Jesteś naprawdę głupia, Abygail - zaśmiałam się, zamykając mój pokój. Po prostu martwiłam się o niego, i miałam to cholerne przeczucie, że coś jest nie tak, że coś się stanie i mimo, że wiem, że przesadzam, chyba mogę najzwyczajniej w świecie odwiedzić go w pracy? Głupie pytanie, oczywiście, że nie powinnam.

Idąc w stronę schodów, schowałam do kieszeni spodni telefon, i klucz. Rozglądając się, czy w pobliżu nie ma kogoś, kogo musiałabym unikać, zbiegłam po schodach, zwalniając przy końcu, by nie uderzyć w kogokolwiek, a o tej godzinie, zdecydowanie można zabić się w holu.

Przeciskając się przez tłumy podopiecznych, dostałam się do głównego wyjścia, naciskając klamkę.

- Aby!

Przymknęłam oczy w złości, wiedząc kto to. Odwróciłam się z impotentem, przybierająca groźny wyraz twarzy.

- Jaxon, do cholery zostaw mnie w spokoju! Wybacz, ale jeżeli chcesz zawierać ze mną jakikolwiek kontakty, i choćby były to czysto przjacielskie, w co wątpię, po twoim wczorajszym występie, stanowczo mówię nie! - krzyczałam jak opętana, i nie mogłam się powstrzymać. Jak wielkie było moje zaskoczenie, kiedy przed moimi oczami wcale nie stał Jaxon. Stał ktoś łudząco podobny do niego, za równo z charakteru, jak i wyglądu. Tą osobę uważałam dość nie dawno, za kogoś, kto jest jedyną i ostatnią oporą w moim życiu, kimś, przed kim mogłabym się otworzyć, wygadać, i schować przed okrutnym, zatrutym światem. A jak dziwne było czuć teraz do niego obrzydzenie, nienawiść i bać się jej. Niezrozumiałe, dla kogoś, kto tego nie doświadczył, i dziwne, dla kogoś, kto jest ofiarą takiej sytuacji.

Oboje z Cuperem patrzyliśmy sobie prosto w oczy, a ja bałam się po prostu ruszyć. Tłum ludzi dookoła, nie pomagał mi.

- Jaxon? - mruknął.

- Pomyliłam się, ok? W ogóle, czego chcesz? Wątpię, żeby twoją sprawą było z kim się spotykam - skrzyżowałam ręce.

W swojej wyobraźni byłam niezależna, i w tej chwili poniżałam jego, i mówiłam wszystkie rzeczy, które myślę na jego temat. On stał bojąc się mnie, a ja niby nie zauważałam tego.

- Czyli oprócz Justina jest jeszcze jeden wolontariusz, z którym się spotykasz? - pokręcił głową. Nie potrafiłam go zrozumieć. Stał tam, zupełnie bezbronny, taki jak na co dzień, gdy byliśmy jeszcze "parą". Był smutny, i rozczarowany?

Prychnęłam.

Jak on śmiał w ogóle dawać mi takie znaki? Mam namyśli, wyraźnie dawał mi znać, że jest mną rozczarowany. Był jednym z wielu krzywdzących mnie ludzi, więc jakie znaczenie miało jakikolwiek jego słowo padające w moim kierunku, bądź wypowiadające je bezpośrednio do mnie?

- Dlaczego wszyscy wpieprzacie się w nie swoje sprawy?! Nie spotykam się z Jaxonem, Justin natomiast jest tylko moim przyjacielem, nic więcej, po co w ogóle Ci się tłumacze! Nic nie będzie do ciebie docierało, tak samo, jak do Natalie! - wyrzuciłam ręce w powietrze.

Cuper skrzywił się, i wyraźnie widziałam jak się spina. Byłam wręcz zdziwiona i zdumiona sobą, i swoją naprawdę odważną postawą.

Widząc Cupera... takiego wszystkie miłe, i wspólne chwile powróciły wspomnieniami podwójnie.

- Bo się o Ciebie martwię, Aby - szepnął, a ja miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Zaśmiałam się.

- Ty się martwisz o mnie? Dlaczego miałbyś wciąż to robić? Jakoś nie martwiłeś się, co ze mną będzie, kiedy na siłę mnie rozbierałeś! Jak gdyby nigdy nic, a dzień wcześniej, było wszystko dobrze! Co w ciebie wstąpiło?! - krzyknęłam, czując łzy pod oczami. Kilka osób spojrzało w naszą stronę, ale kompletnie to zignorowałam. Chłopak przygryzł wargę, spuszczając spojrzenie. Jakby wstydził się tego, co chciał mi wtedy zrobić.

- Martwię się, bo nie jesteś mi obojętna - wstrzymałam oddech, patrząc na Cupera z szerzej otwartymi oczami.

- Daj spokój, śpieszę się - odwróciłam się, chcąc wyjść z domu, i tej nie zręcznej sytuacji. Tak jak myślałam, nie pozwolił mi, stanął jeszcze bliżej, niemal stykając swoją klatkę piersiową z moją. Moje serce przyśpieszyło bicie, a ja zaczęłam panikować.

- Daj mi to wytłumaczyć, nie byłem sobą - spojrzał wprost w moje oczy, trzymając moje nadgarstki. Pokręciłam głową, wyrywając je z jego uścisku.

- Nie obchodzi mnie to, miałeś dość czasu na przemyślenia. Teraz tylko nie wiem, po co mi to wszystko mówisz - niemal płacząc, wybiegłam, nie patrząc czy idzie za mną, chciałam uciec, jak tchórz, to prawda, ale czy nie byłam wystarczająco odważna, choć trochę dając ponieść się emocjom?

- Przepraszam! - słyszałam za sobą jeszcze jego wołania, ale jakbym była na to głucha, i tak było. Starałam się kompletnie go ignorować, więc biegiem ruszyłam w stronę ulicy centralnej. Dyszałam głośno, biegnąc w pośpiechu. Nie czułam się dobrze, dosłownie wrzucając w pnącza miastowej dżungli, jaką bez wątpienia był Nowy Jork, w dodatku, kiedy zaczynało się ściemniać. Ale cholera, co może mi się stać?! Głupie pytanie. Może stać mi się wiele rzeczy, przez które dostaję gęsiej skórki, ale myślę, że to reakcja przewrażliwienia, bo chyba nie jest dziwne to, że o tej godzinie nie wychodziłam na krok z domu. Nawet nie teraz powinnam tego robić.

Oznaczało to też, że mam coraz mniejsze szansę, na zastanie w pracy Justina. Nie znam jego harmonogramu! Równie dobrze mógł już wyjść.

Pokręciłam głową, przewracając oczami na pesymistyczne myśli, przebiegające przez moją głowę. Tym samym zatrzymałam się na skrzyżowaniu ulicy centralnej, z jedną z najcichszych, i na pozór spokojnych ulic, na której znajdował się nasz dom.

Oparłam się o budynek, szybko nabierając powietrza.

- Nie masz najlepszej kondycji, Aby - zachichotałam sama do siebie, wzrokiem szukając neonu mówiącego, gdzie jest stacja metra. Ruszyłam szybkim krokiem w jego stronę, równie pośpiesznie przechodząc na drugą stronę ruchliwej ulicy.

Rozejrzałam się dookoła, stając przed schodami prowadzącymi do podziemia.

Westchnęłam.

Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne jest podróżowanie metrem, tym bardziej o tej godzinie. Przełknęłam gulę śliny, powoli i nie pewnie chwyciłam poręcz, by nie spaść na stromych schodach, lub tłum wchodzących na górę lub - tak, jak ja, - schodzących na dół ludzi. Będąc już niemal na samym dole, uderzyłam kogoś ramieniem, instynktownie odwracając się za siebie.

 - Prze... przepraszam - jęknęłam, masując obolałe ramię, i z przerażeniem patrząc na rosłego faceta, zmierzającego moje ciało od stóp do głów.

- Na twoim miejscu dziecko nie spacerowałbym sam po metrze, o tej godzinie. Może kiedyś stać Ci się krzywda - syknął, niemal napierając na mnie swoim ciałem. Nie przyjemny skórcz ścisnął mój żołądek, puszczając moje ramię, beznamiętnie odszedł, zakładając na głowę kaptur, i chowając ręce do kieszeni. Wypuściłam powietrze z płuc, które zupełnie nie świadomie trzymałam w nich. Kilka osób spojrzało w moją stronę, ale ignorując to, ruszyłam  na miejsce odjazdu pociągu, marszcząc brwi.

Obejrzałam się za siebie, upewniając, czy gdzieś w tłumie nie ma tego faceta, który naprawdę mnie wystraszył, i mimo, iż wiedziałam, że to pewnie jakiś niezadowolony z życia facet, wystraszyłam się. Nowy Jork, zdecydowanie nie jest najbezpiczniejszym miejscem.

Stanęłam obok powiększającego się tłumu, czekającego na pojazd. Z głośników komunikacyjnych, dowiedziałam się, o dokładnej godzinie przyjazdu pociągu po szczególnej linij, więc mając jeszcze minutę, oparłam się przy ścianie, kucając. Przymknęłam oczy, w tle słysząc rozmowy ludzi, oraz okropny dźwięk nadjeżdżającego metra.

- Co ty wyprawiasz? - ponownie pokręciłam głową, rękoma przejeżdzając po twarzy.

Otworzyłam oczy, słysząc piekielne skrzypienie, kiedy pociąg zatrzymał się, a drzwi rozsunęły. Szybko wskoczyłam do środka tak samo jak cały tłum, pośpiesznie przeciskający się, by dostać miejsce siedzące, przeklinając w duchu, kiedy dostrzegłam kasujących ludzi bilety. Po prostu świetnie. Wyczujcie ten sarkazm. Chyba nie muszę mówić, że go nie mam?
Jestem spłukana do poniedziałku. Rozejrzałam się po całym pojeździe, a to, co zobaczyłam, po prostu mnie przerażało, i mówiło, że pod żadnym pozorem nie powinno mnie tutaj być, bo po prostu nie pasuję tutaj. Było mnóstwo dziwnych ludzi, których w skład wchodzili między innymi metale, z długimi do pasa włosami, i gęstym zarostem, aż po zwykłych bezdomnych, bez celowo jeżdżących po mieście.

Szybko odwróciłam wzrok, stając przodem do drzwi na przeciwko, i kiedy "maszyna jak z horroru" ruszyła, chwyciłam najbliższą, srebrzystą rurę, i oparłam o nią głowę. Dyskretnie otworzyłam oczy, patrząc na ludzi, ponieważ dziwaki to nie jedyni podróżnicy metra. Moją uwagę szczególnie przykuła matka z małym dzieckiem, która troskliwie przytlała do swojej piersi, i szeptała mu coś do ucha. Nie była młoda, ale i nie stara.

Uśmiechnęłam się delikatnie, widząc piękne niebieskie tęczówki malucha, które zagubione i nie znające żadnej z tych rzeczy błądziło po wszystkim, w tym i po mnie. Uśmiechnęłam się ciepło do niego, ale ono bez żadnych emocji odwróciło spojrzenie.

Westchnęłam, kiedy mocniejsze szarpnięcie pociągu, lekko uderzyło mnie w głowę, tą samą rurką, o którą byłam oparta. Przewróciłam oczami, warcząc pod nosem. Metro zatrzymało się, ale to nie była moja stacja. Mocniej przytrzymałam się, by nie upaść pod wpływem siły zatrzymywanego się pojazdu, i przepuściłam w przejściu osoby wysiadające, lub wsiadające do metra, w tym paru czarnoskórych nastolatków, którzy śmiejąc się głośno i nie chlujnie objadając się tanimi fastfoodami, zdobywali odrażające spojrzenia od innych pasażerów.

Zaśmiałam się, ponieważ mi kompletnie to nie przeszkadzało. Bardziej uciążliwe było to, że odmierzając mnie wzrokiem, patrzyli na mnie pogardliwie. Wtedy uświadomiłam sobie, że najpradopodobniej są z Bronx'u.

- Lepiej trafić nie mogłaś - pokręciłam głową, ponownie ją opierając.

Po pięciu minutach, które wydawały się dla mnie wiecznością pociąg powoli zatrzymywał się. Zacisnęłam mocno oczy, gdyż piekielne skrzypienie było nie do zniesienia, za każdym razem. Drzwi rozsunęły się, tym samym sprawiając, że odetchnęłam głęboko, jako pierwsza wyskakując szybko z wagonu. Rozglądając się, szybko ruszyłam w stronę schodów, jęcząc głośno. Cóż, biegi to nie są moją najmocniejszą stroną.

Nie mając już sił biegnąć, szłam powoli schodami, biorąc pod uwagę, że tłum mnie do gonił, i rzucił się na schody niczym zwierzęta, tym samym sprawiając, że kilka osób, uderzyło mnie ramieniem. Wkurzona przyśpieszyłam, po chwili znajdując się już na zewnątrz, obok Central Parku. Stąd do firmy Justina jest jakieś piętnaście minut drogi. Wolę iść, niż jechać choćby jeszcze jeden przystanek z tymi ludźmi.

Oblizałam usta, rozglądając się dookoła, przypominaj sobie, w którym kierunku jechałam wtedy. Znajdując odpowiednie wejście,  pod którym czekałam na samochód mający zawieść mnie tam, ruszyłam tą drogą, dalej dokładnie ją pamiętając. Zaczynało robić się chłodniej, więc założyłam kaptur na głowę, i schowałam ręce do kieszeni. Zmarszczyłam brwi, oglądając się za siebie. Przyśpieszyłam, by jak najszybciej być na miejscu, i mieć choćby cień szansy, na zastanie Justina w pracy.



- Dzień dobry - odezwałam się do recepcjonistki, która wychyliła swój nos z za gazety, którą właśnie czytała.

- Słucham - pisnęła, odkładając Vogue'a, i mierząc mnie wzrokiem z za lady.

- Przyszłam do Pana Biebera, to ważne - złączyłam usta w cienką linkę.

Kobieta spojrzała na moją twarz z czystym zdziwieniem, jak i pogardą. Ściągnęła okulary z nosa, unosząc brew.

- Była Pani umówiona?

- Nie, ale to wa...

- Oczywiście, że nie byłaś umówiona, dziecko. Pan Bieber to poważny człowiek, wiec wątpię, żebyś przyszła do niego w jakiej kolwiek sprawie - bez jakich kolwiek emocji, czy choćby pogardliwego uśmieszku patrzyła wprost w moje oczy.

- Przepraszam? - uniosłam brwi, w czystym szoku, i zdziwieniu.

- To, co słyszałaś. Jesteś kolejną szczeniarą, robiącą sobie żarty - wzruszyła ramionami, nie racząc obdarować mnie już spojrzeniem, kiedy ponownie chwyciła magazyn.

- Na pewno mnie Pani pamięta, byłam tu, jakiś czas temu - chciałam jakoś przypomnić o sobie tej kobiecie, ale ona nie miała ochoty mnie wysłuchać mimo, iż jestem pewna, że pamięta mnie dokładnie.

- Nie przypominam sobie - uśmiechnęła sie fałszywie.

Westchnęłam, zastanawiając się, co mogłabym powiedzieć. Wiedziałam, że nie mogę tak po prostu wyjść, nie teraz, kiedy już tu jestem! Cholera.

- Proszę mnie posłuchać, nie robię sobie żartów, to naprawdę ważne!

Anabelle - tak napisane miała na plakietce z imieniem - ponownie wstała, opierając dłonie o drewniany blat recepcji - posłuchaj mnie, dziecko, wyjdź stąd grzecznie, zanim zmusisz mnie do zawołania ochrony - syknęła. Miałam ochotę uderzyć ją w twarz za to, jak mnie nazywała mimo, że była to czysta prawda. Jestem dzieckiem, co nie znaczy, że należy mi się mniej szacunku.

Zagryzłam wargę, z przymrużeniem wpatrując się w jej niebieskie tęczówki, które wciąż wyczekiwały odpowiedzi, na jej pytanie retoryczne. Spojrzałam za jej ramię. Nie do końca będąc pewna co robię, zacisnęłam usta, nie zważając na nią, instynktownie biegiem wyminęłam recepcje, biegnąc w stronę schodów.

Modląc się, żeby nie szła za mną, ignorowałam jej krzyki biegnąc ile sił w nogach w stronę drzwi, za którymi znajdowały się schody. Starała się jak najszybciej wytężyć umysł, gdy stanęłam przed nimi, głośno dysząc. Znów przygryzłam wargę. Cholera. Nie znane mi dotąd uczucie płynęło w moich żyłach, i jeśli mam być szczera, adrenalina bardzo mi się spodobała.

Przymknęłam oczy, rozglądając się, i szukając czegoś, co mogłoby pomóc mi przypomnieć sobie piętro i salę w której pracował. Piętro 7, sala 123. TAK! To było to. Nie myśląc już nad niczym rzuciłam się na schody, lecz przy tych pierwszych moje nogi jakby miały ochotę odpaść od reszty mojego ciała. Syknęłam, byle nie głośny, aby nie zwracać na siebie uwagi ludzi z którego kolwiek piętra.

- Co ja wyprawiam - pokręciłam głową, nie wierząc, że naprawdę tu jestem. Boże, to było takie głupie, nie rozsądne, a już na pewno nie dojrzałe. Zachowałam się szczeniacko, przychodząc tu.

Teraz jednak nie myślałam o tym i o konsekwencjach.

Po chwili znajdowałam się na siódmym piętrze, na które z trudem weszłam, i chwytając klamkę od takich samych szklanych jak na parterze drzwi, weszłam do korytarza. Rozejrzałam się w lewo i w prawo, a moje włosy dwukrotnie uderzyły mnie w twarz. Dokładnie pamiętając, aby iść w lewo, zaczęłam szybkim krokiem iść w jego wzdłuż. Utrudnieniem był mój szybki, nie uregulowany oddech, i mimo, że starałam się go uspokoić, idąc tak szybko, wciąż dyszałam jak kombajn.

Natrafiłam w końcu na salę 123, i odetchnęłam z ulgą. Poprawiłam włosy i ubranie i chwytając klamkę nacisnęłam ją. Przekonana, że drzwi się otworzą, zrobiłam krok w przód, tym samym sprawiając, że mocno uderzyłam głową w drzwi, upadając na podłogę.

Rozkojarzona, warknęłam pod nosem, z niepokojem rozglądając się, czy aby na pewno wciąż jestem sama.

- Kurwa... - mruknęłam, sycząc i masując obolałą głowę. Oblizałam usta, marszcząc brwi, ponieważ wyraźnie czułam, że na czymś siedzę, i nie była to tylko podłoga. Przesunęłam się lekko, ręką szukając tego na czym usiadłam, a po chwili trzymałam to między palcami.

Złączyłam brwi w jedną, ściągając drugą rękę z czoła, i przenosząc się na kolana. Rozwinęłam małą karteczkę papieru, starając się przeczytać jej treść. Moje lekkie skołowanie po upadku nieco osłaniało mi dobrą widoczność, więc przysunęłam kartkę bliżej nosa.

Piątek, spotkanie z Zackiem na Yellow Street 27th. Godzina 6pm.

Skupiając się uwarzenie, chciałam posklejać wszystko w kupy trzymającą się całość.
Piątek, to chyba dziś. Spojrzałam na wyświetlacz mojego telefonu, który wyjęłam z kieszeni, sprawdzając godzinę. Czterdzieści trzy po piątej.

- Ugh... - jęknęłam chowając telefon z powrotem do kieszeni, i przejeżdzając dłońmi po twarzy. Kim był Zack?

Małą karteczkę schowałam do drugiej kieszeni, i powoli zaczęłam się podnosić. Czując niewyobrażalny ból w pośladkach, zacisnęłam zęby, nie chcąc wydać żadnego dźwięku, aż w końcu się podniosłam. Wolnym krokiem ruszyłam z powrotem w stronę schodów, myśląc, co mogłabym powiedzieć recepcjonistce na dole, jeśli nie czeka na mnie z ochroną.
Yellow Street 27th.



Justin's POV  

Wysiadłem z mojego czarnego Range Rovera, zamykając drzwi z lekki trzaskiem. Rozejrzałem się po hucznej ulicy, i zakładając kaptur na głowę, wtopiłem się w lekki tłum. W końcu dochodząc do miejsca, którego szukałem, skręciłem nie zauważony w Yellow 27th. Oglądając się za siebie, wzrokiem zmierzyłem okolicę dookoła, i skręciłem w szczelinę między budynkami, gdzie z pewnością czekał na mnie Zack. Poczułem wibrację w kieszeni, więc wyjąłem telefon, i nie patrząc kto dzwoni, nacisnąłem zieloną słuchawkę, przyciskając go do ucha.

- Halo

- Gdzie jesteś? - stał bezpośrednio, na co przewróciłem oczami

- Właśnie Cię widzę - mruknąłem, dostrzegając ciemną postać, równie zakapturzoną co ja. Doskonale wiedziałem kto to, nie miałem wątpliwości. Odwrócił się w moją stronę, a ja będąc coraz bliżej, byłem w stanie dostrzec jego uśmieszek, który mimo wszystko był ledwo widoczny. Odsunąłem telefon, chowając go do kieszeni, do której schowałetm też rękę, i oblizałem usta.

- Yo, Bieber - przywitaliśmy się męskimi uściskami dłoni, przybliżając swoje klatki piersiowe.

- Shain - zaśmiałem się, puszczając jego dłoń.

- Nie ukrywam, Justin, że od razu chcę wiedzieć o co chodzi - mruknął już zupełnie poważny, więc i ja przestałem się uśmiechać.

- Nie będziemy gadać tu - mruknęłam, posyłając mu znaczące spojrzenie, i ruszyłem do końca zaułku, nie czekając na Zacka. Westchnąłem, widząc dobrze znane mi drzwi, i z lekkim trudem, który był spowodowany brudem i rdzą, otworzyłem je, kiedy dokładnie za mną był już Zack.

- Mów w końcu - powiedział zniecierpliwiony, zaraz po zamknięciu drzwi starego magazynu drewna. Zapaliłem światło, a niewielka żarówka rozświetliła ogromne wbrew pozorom pomieszczenie.

- Nic się tu nie zmieniło - zachichotałem, patrząc na Zacka, który przymrużył oczy.

- Bieber kurwa, możesz w końcu zacząć mówić!

Ignorując go, ruszyłem dalej, siadając na jednej z wielu wielkich belek drewna.

Posłałem w końcu Zackowi jedno, złe spojrzenie, patrząc na niego wymownie i czekając aż podejdzie.

- Ja pierdolę, czego ty w ogóle chcesz? - wyrzuciłem ręce w powietrze, nie mogąc uwierzyć, że znajduję się tu ponownie.

- Z tego co pamiętam, mówiłeś, że byłeś w jakieś kawiarni. I mam uwierzyć, że tak po prostu tam wszedł?

- Nie wiem, w co wierzysz, ale nie do końca tak właśnie było - złączyłem brwi, krzyżując ręce -  byłem z... - urwałem, zastanawiając się, co mógłbym powiedzieć - nie ważne - Zack spojrzał na mnie podejrzliwie, opierając się o belkę na przeciwko.

Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie tę dziewczynę, jedną z podopiecznych.

- Wiesz, że jestem wolontariuszem w domu dziecka, prawda?

- Ta, Ryan mi mówił - zakpił - zastanawiam się tylko po co tam jesteś?

- Nie wiem stary, sam się zastanawiam - wzruszyłem ramionami, mówiąc mu to, co każdemu kto o to zapyta.

- Czyżbyś chciał odkupić tym swoje grzechy z przeszłości? - zaśmiał się złośliwie.

- Być może. Chciałem po prostu coś zmienić po śmierci rodziców

- Po chuj? Nie dawno rzekomo coś zmieniałeś. Przecież jesteś szefem ich firmy, i co, znudziło Ci się?

- Przyszliśmy gadać tu o mnie? - uniosłem brew. Zack parsknął, kręcąc głową.

- Oczywiście, że nie. Wróćmy do tematu, co w związku z tym domem dziecka?

- Jedna z podopiecznych tego domu, Natalie go zna - mruknąłem, mogąc obserwować jego z chwili na chwilę coraz bardziej rosnący szok na twarzy.

- Jak to go kurwa zna?! - żyła na boku jego szyi znacznie się powiększyły, i zaczęły pulsować. Normalnie bym się zaśmiał, ale darowałem to sobie.

- Skąd mam wiedzieć? Byłem z Abygail i zobaczyliśmy go z nią...

- A więc Abygail? - dopiero po chwili uświadomiłem sobie co powiedziałem, i mentalnie przyjebałem sobie w pysk.

- Zack, kurwa to nie jest ważne - pokręciłem głową, posyłając mu groźne spojrzenie. Uniósł ręce w geście obronnym, uśmiechając się.

- Skąd to dziecko zna Christiana?! - oblizał usta, patrząc na mnie. Ja jedynie wzruszyłem ramionami.

- Widzę, Panie Bieber, że prowadzisz trzy życia - uśmiechnął się, a ja zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, do czego prowadzi teraz. Uniosłem brew, wyczekując tego, co ma do powiedzenia.

- O czym mówisz?

- Mówię tylko, że twoje pierwsze życie to sławny na cały świat biznesmen. Z tego co wiem, dobrze Ci idzie, odnosisz sukcesy, ciągle się wzbijasz. Dobrze zarabiasz, piszą o tobie w co drugiej gazecie, i zapewne każdy myśli, że to twoje jedyne zajęcie - zachichotał - Później, to na pozór zwykły facet, dobry facet, jak gdyby nigdy nic pomagasz dzieciakom w domu dziecka. Za pewne bawisz się z nimi, i starasz, żeby choć trochę cieszyły się z życia. I oni zapewne myślą, że to twoje jedyne zajęcie.

- Zack, wciąż nie wiem, do czego zmierzasz - westchnąłem, marszcząc brwi.

- Cóż, ciekawe ilu z tych wszystkich ludzi, mam na myśli twoich pracowników, i podopiecznych wie, że oprócz tego masz trzecie życie, a jest nim to - okręcił się dookoła własnej osi, pokazując wszystko, co znajdowało się w magazynie, jak i sam cały, brudny magazyn.

- Przestań pierdolić jak potłuczony. Tego już dawno nie ma, i jest skończone, a ty dobrze o tym wiesz - warknąłem - a ty - wskazałem na niego samego - już dawno miałeś skończyć z Christianem. Zabawisz się w policje, i sam nie możesz go złapać? - parsknąłem. Powoli traciłem cierpliwość, a mimo, że bardzo chciał to ukryć, bezradność była wypisana na jego twarzy.

- Sam nie potrafiłeś tego zrobić dwa lata temu, więc po prostu się teraz zamknij. Zrobię to, wiesz o tym

- Uwierzę, jak zobaczę - mruknąłem bardziej do siebie.

Głośne trzaśnięcie drewna zwróciło naszą uwagę, kiedy marszcząc brwi, szukałem źródła hałasu. Spojrzeliśmy na siebie z Zackiem równo, kiedy przymrużając oczy, bezszelestnie odepchnąłem się od belki, czujnie rozglądając dookoła. Martwa cisza. Żaden z nas się nie odzywał, a jedynie rozglądał. Spojrzałem na Zacka. Wiedziałem, że coś jest nie tak, oboje wiedzieliśmy, że to nie szczur.

- Kto tu jest?! - Cisza.

Ponowne, znacznie głośniejszy trzask dobiegł do naszych uszu, sprawiając, że moje serce nie znacznie przyśpieszyło.

- Kto tu kurwa jego mać jest?! - Zack ponownie krzyknął, zaciskając mocno szczękę. Spojrzałem w bok. Przymrużyłem oczy, widząc wyraźnie jakąś postać, która okryta była ciemnością, gdyż światło żarówki nie dochodziło do miejsca, w którym się znajdował.

Korzystając z tego, że Zack jest wystarczająco blisko, szturchnąłem go ramieniem w brzuch, sprawiając, że na mnie spojrzał pytającym wzrokiem. Kiwnąłem głową w stronę postaci, nie drgającej ani o centymetr.

- Nie ładnie podsłuchiwać, kolego, kim do chuja jesteś? - warknąłem, będąc co raz bardziej złym. Chrypliwy śmiech rozniósł się echem po magazynie, jednak nie robiło to na mnie najmniejszego wrażenia.

 Robiąc krok w przód, i kolejny, powoli się zbliżał, przewróciłem oczami, kręcąc głowa, z rozbawieniem, kiedy spojrzałem na Zacka. Uśmieszek zszedł z jego warg, a ja złączyłem brwi, z powrotem patrząc w stronę postaci. Mój wzrok zatrzymał się na

- Christian - warknąłem, zaciskając pięści.

- Proszę, proszę, proszę, kogo moje piękne oczy widzą? - zaśmiał się bez humoru. Oboje z Zackiem nie drgnęliśmy, a ja patrzyłem mu prosto w oczy, z czystą nienawiścią.

- Mogłem się tego spodziewać - pokręciłem głową, warcząc.

Uśmiechając się jedynie złośliwie, bez namiętnie, a jednak szybko wyciągnął broń z kieszeni, a żądza władzy przepełniła jego tęczówki.

- Czego się spodziewałeś? Byłbyś idiotą myśląc, że po naszym ostatnim spotkaniu to koniec - pokręcił głową - na kolana, ręce za głowę

Zrobiłem to, a Zack zaraz po mnie. Patrzyłem na niego z obrzydzeniem, gryząc mocno dolną wargę.

- Cóż za intrygujące spotkanie po latach, tylko zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim ja - zaśmiał się cynicznie, mówiąc głośniej, i mętnym krokiem, błądząc dookoła nas.

- W dupie, chuju - krzyknąłem, czując, jak robi mi się co raz goręcej pod wpływem złości.

- Nie ładnie, Bieber, bardzo nie ładnie, pobić przyjaciela, a potem zostawić go na chodniku

- Nie pierdol Jared, i mów, czego chcesz

- Chcę wiele rzeczy, ale póki co, pomyślałem, że zrobię wam miłą niespodziankę. Jakże miła, prawda?

Podszedł bliżej, uderzając mnie w szczękę, zostawiając oszołomionego. Zack szybko podniósł nie na równe nogi, złapał mocno jego nadgarstek, i trzymając jego rękę z tyłu. Nie tracąc czasu, potrząsnąłem głową, otrząsając się, i podbiegłem do trzymanego przez Zacka Christiana, chwytając jego drugą rękę, z której wyrwałem mu broń, kiedy zdążył jeszcze wystrzelić kulę.

Głośny huk rozniósł się po magazynie, kiedy żaden z nas nie myślał o konsekwencjach tego.

- Zrobiłeś wielki błąd, wracając, Jared!

- Na prawdę? Myślę, że jakoś to przeżyję!

Stojąc bokiem, nie miał szansy mnie nią trafić, a adrenalina płynęła w moich żyłach jak szalona.

Trzymając Christiana kopnąłem go z całej siły w brzuch, na co zakaszlał, zginając się w pół, i warcząc pod nosem.

- Zabije Cię kurwa! - krzyknął.

- Wszystko ok?! - Zack szybko się upewnił, w tym samym czasie mocno uderzając Christiana w szczękę, skinąłem głową, oblizując usta.

- Powiedz, Bieber, jak ma się twoja suczka? - zaśmiał się bezczelnie, plując krwią. Mocno zacisnąłem pięści, będąc coraz bardziej wkurwiony. Nie byłem w stanie dopuścić do siebie myśli, że na prawdę o niej wie. Nienawidziłem tego gówna.

Kopnąłem go w żebra, sprawiając, że krzyknął głośno, zaciskając oczy. Upadł na kolana, kiedy i ja uklęknąłem obok niego, mocno łapiąc go za włosy.

- Zapomnij, że kiedy kolwiek ją kurwa widziałeś - wysyczałem wściekle, a w jego oczach mogłem dostrzec czyste rozbawienie i satysfakcje. Uśmiechnął się łobuzersko, kiwając głową, jakby porozumiewając się z kimś. Zmarszczyłem brwi.

- Justin, uważaj!

Poczułem przeszywający ból w tyle głowy, po chwili kopnięcie w żebra, na co zgiąłem się w pół, wypuszczają z dłoni broń.

- Nie wiedziałem, że jesteś taką cipką, żeby nie poradzić sobie samemu! - krzyknąłem, próbując się podnieść.

- Kurwa łap broń! - spojrzałem w stronę obezwładnionego Zacka, jednak zanim miałem szansę zorientować się co do mnie mówi, Christian stał już nade mną z bronią.

- Jakieś słowa na pożegnanie, Bieber? - zakpił, patrząc zwycięsko w moje oczy. Po chwili poczułem jego rękę, mocno zaciśniętą na mojej szyi, a ja ścisnąłem ją mocno, próbując uwolnić się z pozbawiającego mnie tlenu uścisku, i przyciskającego pistolet do mojej skroni. Wiedziałem, że muszę szybko coś zrobić, inaczej to będzie ostatnią zrobioną przezemnie rzeczą w moim życiu.

Spojrzałem na szarpiącego się z pomocnikiem Christiana Zacka, a kiedy miałem coś powiedzieć, zobaczyłem, jak Christian upada, rozluźniając uścisk na mojej szyi. Zszokowany spojrzałem na... Aby, która, zakrywając usta dłonią, trzęsącą się ręką, trzymała dużą deskę, którą po chwili upuściła. Dziewczyna patrzyła prosto w moje oczy, tak, jak ja w jej. Nie mogłem uwierzyć, że to ona, wydawało mi się, jakby to wszystko było pierdolonym snem. Żadne z nas nie odzywało się.

Zack kopnął w kroczę Josha, którego imię przypomniało mi się, po zobaczeniu go dokładniej. Zgiął się wpół, wijąc z bólu.

Z powrotem patrząc na dziewczynę, która szybko wyminęła krwawiącego Christiana, podeszła do mnie, pomagając mi wstać. Dalej nie docierało do mnie to, co stało się przed chwilą, skąd się tu wzięła...



  Abygail's POV.


 Patrzyłam na leżącego Justina z przerażeniem, nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć. Nie wiedziałam, co się stało, to było takie szybkie, nie przewidywalne i....przerażające. Dyszałam ciężko, tak samo, jak Justin. Chłopak spojrzał na drugiego, który po chwili kompletnie obezwładnił tego samego faceta, który jeszcze przed chwilą trzymał jego. Kopnął go mocno w krocze, a ja nie zastanawiając się dłużej, podbiegłam do wyraźnie obolałego Justina, pochylając się, i przekładając jego rękę przez swój kark.

- Justin... - mruknęłam. Zack, jak się domyśliłam, szybko podbiegł do nas, chwytając drugie ramie Justina, który po chwili stało własnych siłach. Zack zmierzył wzrokiem moje ciało, na końcu patrząc w moje oczy, tak samo jak ja w jego. Nie powiedział jednak nic.

- Wychodzimy stąd - tylko tyle mówiąc, chwycił moją dłoń, szybko ruszając do wyjścia. Posłusznie biegnąc za chłopakiem, spuściłam spojrzenie, wiedziałam, że nie będę miała jak wytłumaczyć się z tego, jak się tu znalazłam. Dalej sama będą w szoku, gdy wyszliśmy już na zewnątrz, chłopak puścił moją rękę, którą przejechałam po twarzy. Spojrzałam krótko na Justina, w którym wyraźnie zbierała się złość, jednak wciąż nic nie mówił. To było tak nie zręczne, czułam jak płonę ze wstydu, gdyż spojrzenie Zacka było utkwione równie we mnie.

- Spotkamy się jeszcze - mruknął do Justina, który tylko skinął głową, i odszedł.

Patrzyłam teraz w oczy Justina, oddychając nie równo, kiedy starałam się wywnioskować, co wyrażają jego emocje. Pod wpływem moich, oraz zimna, moja dolna warga, zaczęła dygotać.

- Rusz się - warknął, wyciągając mnie z zaułku. Zacisnęłam usta, i oczy, już teraz wiedząc, że jest wściekły.

- Justin, proszę, daj mi dojść do słowa... - chciałam zacząć się tłumaczyć, ale mimo tego co chciałam powiedzieć, kompletnie mnie zignorował.

- Nawet się nie odzywaj! - nie patrząc na mnie, ciągnął mnie za rękę.

Spuściłam głowę, bojąc się, jaka może być jego dalsza reakcja. Dostrzegłam znajomy samochód Justina, przy którym się zatrzymał.

Odwrócił się twarzą do mnie, gwałtownie puszczając moją rękę. Patrzył wściekle w moje oczy, a jego były czarne, niczym węgiel...

- Co ty tu kurwa robisz? - zapytał spokojnie, ale widząc, jak jego jabłko Adama porusza się, wiedziałam,że to tylko kwestia czasu, nim wybuchnie. Tego się właśnie bałam najbardziej.

- Ja...

- Albo nie, wiesz co? Nie chcę tego słuchać. Powiedz mi tylko, czy Ciebie już do reszty pojebało!? - moja serce przyśpieszyło jeszcze bardziej, kiedy znów go nie poznawałam. Dokładnie tak, jak osiem minut temu z pistoletem przy skroni. W moich oczach momentalnie zebrały się łzy.

- Proszę, uspokój się - mruknęłam, łamiącym się głosem, chcąc jakkolwiek załagodzić sytuację.

- Nie mów mi kurwa, co mam robić! Jak się tu znalazłaś?! Czy ty kurwa jebana idiotko zdajesz sobie sprawę z tego, na jak wielkie niebezpieczeństwo się naraziłaś?! - krzyczał bez opamiętania, gestykulując wszystko rękoma.

Przymknęła powieki, z pod których wypłynęły świeże łzy. Kompletnie nie wiedziałam co robić. Nabrałam gwałtownie powietrza, kiedy podszedł jeszcze bliżej. Odwróciłam głowę, chcąc uniknąć jego wzroku.

- Gdyby nie ja, nigdy nie miałbyś już szansy tu stać - wychlipałam słabo, wpuszczając powietrze z płuc.

- Jak się tu znalazłaś kurwa?! - wrzasnął wprost w moją twarz. Przełknęłam wielką gulę śliny,gryząc wargę.

- Znalazłam kartkę z informacjami

- Co?! Gdzie?!

- Znalazłam ją pod drzwiami... - urwałam, jąkając się - twojego gabinetu - nabrałam więcej powietrza - w twojej pracy - dodałam wycierając łzy wierzchem dłoni, i oblizując spęszchnięte usta.

- Jeszcze tam byłaś?! Jak się w ogóle tam dostałaś?! Nie ważne - parsknął - po chuj się wtrącasz!? - wrzasnął ponownie, a moje policzki zalała kolejna fala łez.

- Kompletnie nie potrafisz docenić tego, że chciałam Ci pomóc!

- Prosiłem Cię o to!? Wydawało mi się, że wyraziłem się wystarczająco jasno, kiedy mówiłem, że, dziś nie mam czasu!

- Zrozum, że gdyby mnie tam nie było, Ciebie nie byłoby tutaj, teraz!

- Poradziłbym sobie. Zastanawiam się tylko, jak bezczelna potrafisz jeszcze być?!

- Ja jestem bezczelna?! - zapłakałam, kręcąc głową. Wytarłam kolejne łzy, gdyż powoli nie panowałam nad nimi w ogóle. Wiem, jak wielką głupotę zrobiłam, nie wiem natomiast, co mną kierowało, że dało mi tyle odwagi, by wyjść z zaułka w tym magazynie, ale wiedziałam, że nie żałuję.

- Myślałaś, że rzucę się na ciebie z podziękowaniami?! Nigdy nie powinnaś się tu znaleźć, wiedziałem, co robię - patrzył na mnie wściekle, a jego klatka piersiowa poruszała się niezmiernie szybko, tak, jak moja.

Parsknęłam, kręcąc głową.

- Widziałam dokładnie, jak panowałeś nad sytuacją - mruknęłam ciszej.

Chłopak wplątał palce we włosy, odrzucając ją do tyłu. Patrzyłam na niego wciąż przerażona, zaciskając usta w linkę. Justin rozejrzał się, starając uspokoić, bo przymknął oczy.

Usłyszałam grupkę nastolatków, i założę się, że to był powód dla którego Justin chwilowo się uspokoił. Kiedy zbliżali się, spuściłam głowę i skrzyżowałam ręce, oddychając ciężko, bo mimo, że było ciemno, nie chciałam nikomu patrzeć w oczy. Przeszli obojętnie, a kiedy się oddalili, Justin ponownie utkwił wzrok we mnie, tak samo, jak ja w niego.

-  Posłuchaj mnie uważnie, Abygail - zaczął poważnie - to, co nas łączy, to tylko i wyłącznie moja praca w twoim domu. To tylko służba, poza tym, nie wpieprzaj się w moje prywatne życie - wysyczał, ruszając w stronę swojego samochodu.

Patrzyłam na niego kompletnie osłupiała, nie mogąc w to uwierzyć. Jego słowa zabolały mnie na tyle mocno, że wydawało mi się, że jestem w stanie odczuć ból nie tylko psychiczny, ale i fizyczny.

Moje usta uformowały się w literkę "o", a słowa jakby utknęły mi w gardle.

- Czyli całowałeś mnie tak służbowo, tak?! - krzyknęłam zrozpaczona. Justin zmarszczył brwi, kiedy zatrzymał się, i odwrócił. Pokręciłam głową, wydawało mi się, że nie mam już nic do powiedzenia, że wszystko, o czym mieliśmy rozmawiać już powiedzieliśmy, i teraz tak po prostu się to skończy. Nie mogłam już na niego patrzeć, chciałam jak najszybciej stąd odejść, więc tak zrobiłam.

Kiedy nie doczekałam się odpowiedzi, z oczami pełnymi łez, po prostu ruszyłam przed siebie, zostawiając równie co ja oszołomionego chłopaka na chodniku.

- Może to i dobrze, że poszłam Cię szukać? Teraz przynajmniej wiem, na czym stoję - zaśmiałam się bez humoru, przez łzy, wymijając go.

Szłam co raz szybciej, obawiając się, że jednak może chcieć iść za mną, i nie pomyliłam się. Usłyszałam za sobą co raz głośniejsze kroki, a mi coraz bardziej chciało się płakać. Chciałam, żeby po prostu pozwolił mi już iść.

- Aby! - nie zareagowałam, szłam dalej.

- Zatrzymaj się kurwa!

- Czego jeszcze chcesz?! Powiedziałeś to, co chciałeś! - odwróciłam się z impotentem, mówiąc z mocno zachrypniętym od płaczu głosem.

- Źle to zabrzmiało, przepraszam, wiesz, że nie to chciałem powiedzieć - spojrzał w moje oczy, szukając odpowiedzi. Odwróciłam spojrzenie, nie mając mu tej pieprzonej satysfakcji. Nie odezwałam się ani słowem, kiedy złapał moje ramiona, stając dokładnie na przeciw mnie.

- Przepraszam, poniosło mnie

- Nie dotykaj mnie - starałam się strącić jego dłonie. Nie chciałam go słuchać, tak samo, jak on nie chciał tego robić. Chciałam iść, ale znów mnie zatrzymał. Przewróciłam teatralnie oczami, bo męczyło mnie to.

- Justin, proszę Cię, daj mi odejść! - wysyczałam, bezradnie chcąc się uwolnić. Łzy ponownie zbierały się w moich oczach, bo czułam, jakbym nie mogła nic zrobić, byłam po prostu zmęczona, nie miałam siły się z nim szarpać.

- Nie pozwolę Ci wracać teraz samej, jest niebezpiecznie! Wróć ze mną do samochodu, odwiozę Cię.

- Naprawdę myślisz, że tak po prostu wsiądę z tobą do samochodu!?!

- Proszę Cię, do cholery nie wybaczyłbym sobie, gdybym Cię teraz puścił. Może Ci się coś stać!

Stałam tam, analizując słowa Justina. Nie chciałam tego robić. Wolałabym wracać metrem, niż z nim teraz, ale byłam zmuszona. Nie chciałabym drugiej takiej sytuacji, jaka dziś przytrafiła mi się w metrze.

Biłam się z myślami.

- Odwieź mnie - mruknęłam, gwałtownie wyszarpując mu się, i nie czekając na niego, ruszyłam z powrotem w stronę samochodu Justina.



                                       ~~~~~~~~***~~~~~~~~~***~~~~~~~~
Przepraszam, że tak długo czekaliście :)

No więc, jak się domyślacie, podjęłam decyzję, że dalej będę pisać to FF, więc oficjalnie zostaję ;)

Ciekawi co dalej? :D

Kocham was mocno,  Do następnego!

CZYTASZ?= KOMENTUJESZ!