niedziela, 12 października 2014

Rozdział 10

 -"Tylko uważaj, żebyś nie zastał jej na kanapie pieprzącej się z kimś..."


 CZYTASZ?= KOMENTUJESZ!










Justin's POV.


-Stary, kurwa o czym ty pierdolisz?!- Wrzasnąłem, wyrzucając ręce w powietrze. Miałem wrażenie, że po raz kolejny  w swoim życiu stracił rozum. Doprowadzał mnie do czystej furii, starając się po raz kolejny być moim ojcem, i wpierdalać się we wszystko. We wszystkie moje sprawy.

-Mówię tylko, że nie jesteś już piętnastolatkiem, tylko dorosłym facetem, a ta gówniara o której mówisz, ma tylko szesnaście lat!

Ryan gwałtownie podniósł się z kanapy, marszcząc wściekle brwi.

Zaśmiałem się bez humoru, kręcąc głową.

-Właśnie, do cholery, jestem dorosły, i wiem, co robię! Myślisz, że gdy tylko ją ujrzałem, zacząłem ja pieprzyć!? Człowieku, masz już paranoję!

-Czy ty siebie słyszysz?! Masz pojęcie, że gdyby ktoś coś źle odebrał, mógłbyś iść do pierdla za pedofilie, idioto?!

-Daj spokój, gorsze zarzuty miały wpakować mnie do pierdla.- Prychnąłem, uśmiechając się do Ryana porozumiewawczo.- Z resztą, przecież ona nie jest dla mnie nikim ważnym.- Wzruszyłem ramionami.

Taka była prawda, Abygail nie była dla mnie kimś szczególnym. Z resztą, kim ona w ogóle dla mnie jest? Przyjaciółką? Koleżanką? To jest pojebane, bo kto normalny uwierzyłby w bajeczkę, że dorosły facet, zaprzyjaźnił się z dzieckiem. Ja naj zwyczajniej w świecie wyśmiałbym go, i tak insynuując swoją wersję wydarzeń, twierdząc, że prędzej czy później znajdą się razem w łóżku. Wtedy nie mieliby skrupułów, i robiliby to pomimo różnicy wieku, która swoją drogą nie stanowi większego problemu, jeśli jest ona dość przyzwoita, a dziewczyna ma przynajmniej piętnaście lat. Aby ma szesnaście. Nie rozumiem w czym problem. Może jedynie w tym, że naprawdę polubiłem tą "smarkulę". Z resztą, jest pewna rzecz która łączy nas ze sobą idealnie, a mianowicie umiejętność pakowania się w problemy, lub różnorodnego rodzaju inne kłopoty. Może po prostu ją rozumiem?

-Do cholery nie bądź szczeniakiem, Justin! Nie wracaj do tego. Wątpię, że chciałbyś.

-Cokolwiek.- Mruknąłem.

Ruszyłem do kuchni, i byłem wręcz pewien, że Ryan była zaraz za mną. Otworzyłem lodówkę, i wyjąłem butelkę wody, wypijając jej część.

-Chcę tylko Cię ostrzec.

-Do cholery, Ryan, ty naprawdę uważasz, że ona jest moją dziewczyną, czy coś w tym stylu?! Nie zaprzeczam, jest naprawdę bardzo ładna, ale nie.

Posłałem mu wrogie spojrzenie, kiedy oparł się o blat na środku kuchni. Patrzył na mnie, jakbym miał pięć głów, albo przy najmniej stracił rozum, czego kompletnie nie rozumiałem.

-Acha, czyli dlatego zaprosiłeś ją do firmy?- Zakpił.

Przewróciłem oczami, warcząc pod nosem. Nienawidziłem, kiedy ludzie starali się narzucić mi coś tak nie dorzecznego, i równie wkurwiającego, jak to. Czasem miałem wrażenie, że gadam po prostu do słupa, a on i tak swoje. Nie ważne, jak tłumaczyłem mu to, czyli robiłem coś, czego kompletnie nie musiałam. On i tak wiedział swoje. Z chwili na chwilę traciłem coraz więcej kontroli, a zyskiwałem więcej nerwów, które powoli szarpały moim organizmem, kiedy Ryan bezczelnie śmiał im się w twarz.

-Skąd to kurwa, w ogóle wiesz!?

Odstawiłem pół pustą butelkę wody, wyrzucając ręce w powietrze.

-Może jeszcze pytasz moich pracowników o każdy mój krok, do kurwy!?- Krzyknąłem.

Byłem po prostu wściekły.

-Jak mogłeś być tak głupi?

Pokręcił głową, jakby z politowaniem, a moja klatka piersiowa poruszała się nienaturalnie, i niewyobrażalnie szybko. Ryan zawsze wiedział, jak doprowadzić mnie do szału, i bardzo często to wykorzystywał. Teraz jednak nie wiedziałem, o co mu chodzi. Zmarszczyłem brwi.

-Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale od wczoraj wieczora, do dziś, a jest dokładnie,- Spojrzał na zegarek Rolex'a na swoim lewym nadgarstku.- ósma rano, już rozniosły się plotki o tym, że masz córkę.- Warknął poważne.

Po raz pierwszy dziś, miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, więc mimowolnie na moich ustach pojawi się lekki, rozbawiony uśmiech. Pokręciłem głową, zarazem nie wierząc swoim uszom. To było do cholery niedorzeczne!

-Co ty pierdolisz?! Ona ma szesnaście lat! W tym przypadku aż szesnaście lat, a ja dwadzieścia cztery! W wieku ośmiu lat miałbym ją niby zrobić, tak!?

Wręcz wrzasnąłem, już kompletnie nie rozbawiony. Straciłem kontrolę do końca. Ryan chyba osiągnął swój cel, więc mam nadzieje, że będzie z siebie zadowolony.

-To, co słyszysz. Wiesz, że ludzi wcisną każdy kawałek gówna tam, gdzie im nie potrzeba. Rób co chcesz, stary tylko żebyś nie żałował.

Wzruszyła ramionami, mówiąc o wiele spokojniej. To jednak nie uspokoiło mnie.

-Gówno mnie to obchodzi. Są tylko kukiełkami, którymi steruję ja, i każdego tam mogę zwolnić pstryknięciem palca. Mają tylko szczęście, że mają kwalifikacje.

Uśmiechnąłem się do Ryana szyderczo, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że mam kompletną rację. To moja firma. Moje zasady, moje warunki. Głupie plotki nie robią na mnie wrażenia, dopóki nie obciążają mnie za bardzo.

-Myślisz, że to takie łatwe? Żyjesz w bajce, stary. Nie da się tak, jak ty mówisz załatwić wszystkiego od pstryknięcia palcem. Póki co, to nie ma rozgłosu, ale pomyśl, co byłoby, gdyby rozniosło się to w mediach.- Krzyknął, podchodząc bardziej w moją stronę. Stanął parę metrów dalej, a jego spojrzenie wręcz płonęło. Cóż, to chyba ja tym razem będę miał co świętować.

-Do cholery, Ryan, nie żyję w bajce! Stwierdzam fakty!

-Więc skoro nie żyjesz w bajce, chcę tylko powiedzieć Ci, że znajomość z tą gówniarą tylko Cię zniszczy! Pamiętasz, co było z Christianem!?

To był cios poniżej pasa. Doskonale to wiedział, a mimo to, wspomniał o tym. Bez skrupułów, wiedząc, że i on był w to zamieszany.

-Co ty do kurwy porównujesz?! Nie moja wina, że był takim skończonym debilem!- Krzyknąłem, wplątując palce we włosy, i ciągnąc za nie. Miałem wrażenie, że powyrywałem ich już połowę.

-Nic nie porównuję, ale to prawie to samo! Ta dziewczynka,-Dał nacisk na ostatnie słowo, sprawiając, że przewróciłem oczami.- Może zniszczyć całą twoją karierę, i doprowadzić do bankructwa!

Nie byłem już nawet zły. Byłem po prostu zmęczony jego pierdoleniem, już z samego rana. Tym bardziej, że musiałem wcześnie zostawić Abygail, by zdążyć do pracy, co i tak uniemożliwił mi Ryan. Zaśmiałem się, kręcąc głową.

-A może jeszcze doprowadzi do zamarznięcia wód na całym świecie, i doprowadzi ludzkość do wyginięcia?!

Zaszydziłem, odpowiadając pytaniem sarkastycznym. Moja kpina sprawiła, że Ryan spojrzał na mnie nie dowierzając. Prychnął, kręcąc głową.

-Tylko uważaj, żebyś nie zastał jej na kanapie pieprzącej się z kimś.- Prychnął.

Znieruchomiałem na chwilę, zaciskając szczękę. Dosłownie czułem, jak krew szybciej krąży w moich żyłach, mieszając się tym razem z czystą furią. Tym razem przegiął, i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedziałem o tym, i byłem również pewien, że jestem niemal czerwony z wściekłości. Bez chwili choćby najmniejszego zastanowienia co robię, podszedłem do Ryana, uderzając go z całej siły w szczękę, kiedy pod siłą uderzenia, odrzucił się do tyłu. Teraz w sumie czułem się, jak moi pracownicy. Jak kukiełka, tyle że moim szefem był gniew.

-Wypierdalaj.

Nie chciałem stracić kontroli ostatecznej, i po prostu go zabić, na co miałem niewyobrażalną ochotę.

Wiele razy ludzie doprowadzali mnie do stanu, gdzie tracę kontrolę, jednak Ryanowi udało się osiągnąć kolejny poziom.

Wycierając krwawiący nos, posłał mi obrzydliwy uśmieszek, stojąc już koło framugi.

-Ostrzegałem Cię przed Christianem. Nie posłuchałeś, i przez to o mało nie trafiłeś do więzienia. Przed Laylą też Cię ostrzegałem. Mówiłem Ci, wiem, że pamiętasz. Mówiłem, że to zdradziecka kurwa, która pieprzy się za twoimi plecami, a ona co?- Zaśmiał się.- Dokładnie to robiła.I wiesz co? Przed nią też Cię ostrzegam. A wiesz czemu? Bo mam jak zwykle kurwa rację.- Warknął.

Trzaskając drzwiami, zostawił mnie niemal oniemiałego. Oddychałem głośno, wciąż nie poruszając się, kiedy z całej siły kopnąłem szafkę kuchenną za mną, chodząc w kółko. Ciągnąłem za woje włosy, będąc niewyobrażalnie wkurwionym. Wszystko za sprawą tego, że i tak nie powiedział mi tego, czego chciał wczoraj wieczorem, przez telefon. Kurwa, jednak będę musiał pogadać z nim jutro w firmie.




Abygail's POV.

Patrząc na kolejny szkic, westchnęłam rozczarowana, rzucając ołówek, oraz dużą kartkę papieru gdzie w dal łóżka. Wplątałam palce we włosy, bawiąc się nimi we frustracji, oczekując na przyjście Justina. Nie wychodziło mi nic, może dlatego, że nie umiałam skupić myśli na niczym innym? Rano, kiedy sama jeszcze spała, obudził mnie, mówiąc, że ma ważny telefon, i musi jechać na parę godzin do domu. W sumie, nie ma w tym nic dziwnego, poza tym, że czuję się winna. Gdybym wczoraj go nie przetrzymała, nie musiałby jeździć w te i z powrotem. Czemu? Ponieważ obiecał, że koło pierwszej wróci, i pojedziemy gdzieś. Z tego co wiem, to w ramach przeprosin, i rekompensata za to, że obiecując to miesiąc temu, przez zdradę swojej dziewczyny nie był w stanie. Kilku krotnie powtarzałam mu, że skoro dziś też nie ma ochoty, nie musimy jechać nigdzie, ale on sam miał ochotę trochę odciąć się od rzeczywistości, a wtedy nie umiałam mu odmówić. Po prostu zgodziłam się, jechać z nim, gdyż doskonale rozumiałam go. Sama chciałam to zrobić. Odciąć, oderwać się od tego wszystkiego, i po prostu zabawić.

Dziwiło mnie to, że specjalnie na tę "okazję" wziął wolne w pracy, co nie podobało mi się. Nie chciałam, żeby zawalał obowiązki przeze mnie, jednak wtedy uświadomiłam sobie, że przecież on jest dorosły. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego co robi, tym bardziej, że to jego firma. No właśnie, jego firma... To jest kolejną rzeczą, z którą nie czuję się dobrze.

Założę się, że osoba widząc nas pierwszy raz, pomyślałaby, że jesteśmy "parą". Wtedy zapewne dowiedziałby się kim jest Justin, a kim jestem ja. Oczywiste było też to, że nie obyłoby się wtedy od takich komentarzy jak "On jest jej sponsorem", "To oczywiste, że to zwykła, mała dziwka, puszczająca się za kolejną, wartą nawet tysiąc dolarów parę spodni". To mnie przerażało. Tym bardziej, bardzo łatwo jest mnie zranić, czego nienawidziłam w sobie. Taka jest prawda, że jeżeli uda się komuś uderzyć w jakikolwiek z moich czułych punktów, staję się bez silna, co oznacza, że nie jestem w stanie bronić się.

Jednym słowem, jesteś nieporadna.

No cóż, w tym przypadku, nie zamierzałam nawet zaprzeczać. 

Drzwi otworzyły się gwałtownie, wyrywając mnie z głębokich zamyśleń, które spawiały nawet, że na chwilę kompletnie zapomniałam, że miał przyjść.

-Cześć, księżniczko.- Krzyknął uradowany.

Oddychałam szybko, dłoń trzymając na klatce piersiowej. Nie mogłam opanować przerażenia. Cholera, potwornie mnie wystraszył!

-Justin, do cholery, wystraszyłeś mnie śmiertelnie!- Krzyknęłam z wyrzutem. Posłałam mu jadowite spojrzenie, a jedyną jego reakcją na moje wywody, był najsłodszy chichot na świecie. To nie było sprawiedliwe. Widok jego pięknego uśmiechu sprawiał, że byłabym w stanie wybaczyć mu dosłownie wszystko...

-Widzę, że bardzo cieszysz się na mój widok.- Mrugnął, podchodząc do mojego łóżka. Westchnęłam, posyłając w jego stronę fałszywy uśmiech, na kolanach przesuwając się w jego stronę, i siadając koło chłopaka.

 -Jak zawsze.- Wzruszyłam ramionami, posyłając mu spojrzenie, które kompletnie zaprzeczało moim słowom, a mimo to, on wciąż się uśmiechał. Czułam jak moje serce topi się pod tym widokiem. Cóż, to prawie tak samo, jak moje nozdrza, kiedy jego piękny, cholernie męski za razem zapach dotarł do nich.

-W sumie, wcale mnie to nie dziwi.- Wzruszył ramionami. Prychnęłam.

 -Idziemy?- Spytał, wstając, podpierając dłonie o kolana, kiedy podał mi rękę, pomagając wstać. Kiwnęłam głową, oblizując usta.

-Jasne, wezmę tylko jakąś bluzę, i założę buty.- Mruknęłam.

Chwilę później, zbiegaliśmy po schodach, a ja, wpatrzona w nasze splecione dłonie, nie byłam w stanie skupić się na niczym. Byłam pewna, że wyglądam jak jakaś nienormalna idiotka, szczerząc się. Nie potrafiłam jednak tego powstrzymać. Jego duża dłoń była bardzo ciepła, co tylko jeszcze bardziej topiło moje serce. Niestety, tak działał na mnie. Tak naprawdę, ciężko było mi przyznać się przed samą sobą. To dziwne uczucie, lubić kogoś tak na poważnie... Ale przyjemne. Cholera, gadam, jak jakaś dwunastoletnia dziewczynka, która podnieca się trzymaniem chłopaka za rękę.

Tylko, że ty go trzymasz za rękę. Podniecając się...

Nie ważne. Chodzi mi o taką typową, chichoczącą, która to robi, kiedy widzi obiekt swoich westchnień, i która nigdy się nie całowała. Takie typowe.

Ale ty do cholery nie całowałaś się jeszcze! I pewnie nie będziesz. Nie zapowiada się na to.

Wspominałam, jak bardzo jej nie nawiedzę? Nie? No cóż, to powinno być dość oczywiste, ale miała rację. Cholera, jestem taką hipokrytką. Buziak w policzek, to nie jest całowanie, i rzeczywiście, chichotałam, kiedy robił to Cuper. Zabijcie mnie. 

Teraz tak naprawdę zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełniła Layla, zdradzając Justina. Ja, gdybym z nim była, jestem pewna, że najzwyczajniej w świecie, nie byłabym w stanie tego zrobić.

Po pierwsze, Justin nigdy nie byłby z tobą, a po drugie... Z kim miałabyś go zdradzać, do cholery!? Z kolegą z piaskownicy?!

Cholera jasna! Nie ma zamiaru się dziś zamknąć, i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, jednak postanowiłam skupić się na ważniejszych rzeczach. Justin kurwa Bieber ma dla mnie jakąś niespodziankę!


-Aby...

-Cholera, prawda, że jest suką? Nienawidzę mojej pod świadomości.- Mruknęłam nie przytomna, wciąż gubiąc się w myślach, i wręcz kłócąc z podświadomą przyjaciółką.

-Aby, do cholery, słyszysz mnie? Kto jest suką?- Spytał Justin, patrząc na mnie, jak na kompletną idiotkę.

Potrząsnęłam głową, patrząc chwilę w jego zdezorientowane oczy. Myślałam na głoś!? Cholera...

-Przepraszam, zamyśliłam się.

Przejechałam dłonią po twarzy. Zmarszczyłam brwi, czując, jak brodę mam całą mokrą od śliny... Serio?

Ciekawe, kiedy zamierzasz pokazać mu, że jesteś dorosłą... Pewnie kiedy dorośniesz...

 -W takim razie, jestem ciekawy, o czym myślałaś.- Zaśmiał się, wycierając kciukiem kącik moich ust, co wcale mi nie pomagało. Wręcz przeciwnie, śliniłam się jeszcze bardziej.

Spuściłam zażenowana głowę. Ta sytuacja była strasznie kremująca, więc jestem pewna, że moje policzki przybrały kolor bordowy.

-Ugh, nie wyspałam się, ok?- Warknęłam z wyrzutem, chcąc jakoś wybrnąć, kiedy wymijając tłum podopiecznych w holu, ruszyliśmy w stronę drzwi wyjściowych, idąc ścieżką do samochodu chłopaka.

-Dlatego, że się za bardzo pchałem, czy po prostu śliniłaś się na mój widok całą noc, dokładnie jak chwilę temu?- Zaśmiał się chrypliwie, a jego rozbawione spojrzenie lustrowało moje ciało, kiedy otworzył mi drzwi do samochodu.

Szybko wsiadłam, nie chcąc, żeby widział, jak czerwona jestem w tej chwili. Za razem, wiedziałam, że będzie robił teraz wszystko, żebym była jeszcze bardziej zawstydzona. Miał ochotę podroczyć się ze mną, z czego też doskonale zdawałam sobie sprawę, ale nie wiem,, czy przeszkadzało mi to jakoś szczególnie bardzo. Był wtedy cholernie słodki, ale i uciążliwy. Ugh, to co mówię, nie ma sensu.

Po chwili chłopak usiadł na miejscu kierowcy, patrząc na mnie wyczekującym wzrokiem, za pewne chcąc usłyszeć odpowiedź na pytanie.

-Pchałeś.- Stwierdziłam.

To było kłamstwem, bo w rzeczywistości spałam jak zabita, wtulona w Justina jak w misia, co muszę przyznać, cholernie mi się podobało. Był strasznie opiekuńczy, co było kochane z jego strony, a przede wszystkim, nie starał się wykorzystać sytuacji, że spałam z nim w jednym łóżku. W sumie, już teraz wiem, że będę chciała robić to z nim częściej. To znaczy, spać w jednym łóżku... Nie ważne.

-Tak, tak.- Zachichotał, tym samym uciszając mnie, i wprowadzając do jadącego wzdłuż ulicy samochodu, bardzo niezręczną ciszę. Oparłam głowę o szybę, kiedy dojechaliśmy do ulicy centralnej. Justin skręcił na skrzyżowaniu, wyjerzdzając na jedną z najbardziej ruchliwych ulic Nowego Jorku

-Swoją drogą, gdzie jedziemy?- Spojrzałam na Justina, którego twarz nie wyrażała już żadnych emocji, co było spowodowane skupieniem na drodze.

-Hmm, niespodzianka?- Uśmiechnął się, lecz nie do mnie, a pod nosem. Jęknęłam głośno, mając nadzieję, że Justin zrozumie, że mam na myśli niezadowolenie. On jedynie zaśmiał się.

-Justin, nie lubię niespodzianek.- Mruknęłam, krzyżując ręce na piersi.

-Oh, naprawdę? Myślę, że tę polubisz.- Wzruszył ramionami. Cholera, wcale mi nie pomógł. Byłam tylko bardziej napalona na tę niespodziankę.

-Swoją drogą, często marudzisz.- Zauważył.- W twoim wykonaniu to dość słodkie, ale gdybyś nie była sobą, dawno zaczęłoby mnie to irytować.- Wychrypiał. Uwielbiałam, kie przybierał taki ton głosu.

Zmarszczyłam brwi.

-Nie prawda.- Warknęłam żartobliwie, kiedy chłopak zaśmiał się głośno, skręcając na parking  centrum handlowego.

-Jesteśmy.- Ogłosił, odpinając pasy, i wyjmując kluczyki ze stacyjki, kiedy zgasił silnik.

-Po co tu jesteśmy?

Rozejrzałam się wokół, kiedy wysiadaliśmy z auta. Zatrzasnęłam delikatnie drzwi, obserwując nastolatków dookoła, tachających torby z różnych markowych sklepów. Przewróciłam oczami. Dostrzegłam grupę dziewczyn, siadających przy fontannie. Tak, jak się spodziewałam. Dosłownie wszystkie pożerały Justina wzrokiem, natomiast mi, posyłały kpiące uśmieszki, bądź spojrzenia. Automatycznie zrobiło mi się przykro. Nie czułam się dobrze pod wpływem ich spojrzeń, więc spojrzałam na Justina, który dostrzegł to.

-Justin, chodźmy stąd.- Mruknęłam, wręcz prosząc. Nie chciałam być tu chwili dłużej.

Chłopak podszedł do mnie, kładąc rękę na moim policzku, unosząc go lekko.

-Nie zwracaj na nie uwagi. Zazdrosne suki.- Wzruszył ramionami.

-Wiem, ale to niezręczne.- Spojrzałam na Justina, który przybliżając się do mnie coraz bardziej, położył dłoń na tyle moich pleców, dociskając moje ciało do swojego.

Zmarszczyłam brwi.

-Justin, co ty robisz?!- Warknęłam, wprost do ucha chłopaka, czując jak moje ciało drętwieje, pod wpływem jego niemal niewyczuwalnych pocałunków, na mojej szyi. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc jedyne, co mogłam zrobić, to po wstrzymywanie jakich kolwieki jęków, które chciały wydostać się z mojego gardła. Cholera.

-Ufasz mi?- Wychrypiał.

Nie bardzo mogłam się skupić na jego słowach, gdyż za bardzo skupiona byłam na jego ustach. Chwilę myślałam nad odpowiedzią, lecz dla mnie była dość oczywista.

-Nie.- Mruknęłam zgodnie z prawdą, chwytając dłońmi ramiona Justina, który zachichotał tuż przy moi uchu.

-Słusznie.- Mocniej docisnął usta do mojej skury, sprawiając, że wciągnełąm gwałtownie powietrze. Ukradkiem, wychylając głowę z za ramienia Justina, spojrzałam na te same dziewczyny, bacznie obserwujące nas z pod fontanny. Chyba właśnie zrozumiałąm, jaki cel mają działania chłopaka.

- Justin, do cholery, jesteśmy na mieście! Wszyscy się patrzą.- Jęknęłam niezadowolona. Widząc jednak miny tych suk, nie wiem, czy nie byłam aż tak niezadowolona.

W sumie, dopiero teraz zauważyłam, jak miękkie są usta Justina. Boże... Nic równie przyjemnego nigdy nie spotkało mnie. To było wręcz niesamowite.

-I co z tego. Niech patrzą. Przecież taki jest mój cel.- Szepnął. Widziałam, jak i on spojrzał w stronę grupy, których spojrzenia wręcz kipiały złością. W sumie, nie dziwię im się. Justin jest nieziemsko przystojny, i cholernie oryginalny. Ciężko znaleźć w tłumie, choć trochę podobnego do niego.

Po chwili weszliśmy do ogromnego Molochu, jednego z największych centrum handlowych w Nowym Jorku. Boże, ile tu ludzi. Zastanawia mnie, po co tu przyszliśmy. Myślałam, że Justin chce odpocząć, a tu jak nie trudno się domyśleć, będzie ciężko. Czy to było tą niespodzianką? Miałam pomagać wybierać garnitury, czy co?! Jeśli tak, to on rzeczywiście nie miał pojęcia, na co dziewczyny mają ochotę... W sumie, pewnie musiałabym stać z nim w przymierzalni, co nie byłoby takie złe...  Jezu, to byłoby cudowne! Patrzyć na boskie ciało Justina, a potem jeszcze w garniturze, a potem...

-Abygail do cholery słuchasz mnie!?- Krzyknął, machając mi dłonią przed twarzą. Cholera, muszę nauczyć się nie myśleć przy nim...

-Tak, tak.- Mruknęłam, posyłając chłopakowi niewinny uśmiech. Patrzyłam na ludzi, pijących świeżą kawę, bądź jedzących inne przysmaki, które nawet ja widziałam pierwszy raz w życiu, na oczy.

-Znów się zamyśliłaś?- Zachichotał.

Zmrużyłam żartobliwie oczy, chcąc wyglądać na wkurzoną, jednak mój uśmieszek mnie zdradzał.

Rozejrzałam się dookoła, zauwarzając, że jesteśmy w kawiarni, jej sporo mnie ominęło.

-Pytałem, czy masz ochotę na lody.- Mruknął. Oblizał usta, a jego tęczówki błądziły po mojej twarzy, wyczekująco.

 -Tak, jasne.- Odparłam cicho, spuszczając głowę w zażenowaniu. 

Ruszyłam za Justinem, ustawiając się w kolejce. Kiedy przyszłą nasza kolej, Justin zapytał jakie lody chcę, a ja bez chwili zastanowienia, wyprzedzając nawet jego pytanie, nie wybrałam ni9c innego, jak miętowe lody z kawałkami czekolady. On oczywiście, zaczął sprzeczać się, że smakują jak pasta do zębów, ale i tak wiedziałam swoje.

 -Justin, powiesz mi w końcu, po co tu jesteśmy?- Spytałam, opierając się delikatnie o blat, i patrząc na chłopaka, kiedy czekaliśmy na swoje lody.

-Jesteśmy tu, gdyż obiecałem Ci to miesiąc temu.- Odparł pewnie, posyłając mi śliczny uśmiech.

Westchnęłam, chcąc coś powiedzieć, jednak wtedy kasjerka podeszła do nas, wręczając nasze zamówienie. Wyjęłam portfel, chcąc zapłacić za siebie, lecz nie pozwoliła mi na to dłoń Justina, na mojej.

-Chyba nie myślisz, że zapłacisz, hmmm? Ja Cię zaprosiłem, więc nawet nie wdawaj się ze mną w dyskusję.- Mruknął poważny, płacąc. Westchnęłam, odbierając swojego loda, tak samo jak Justin, kiedy kasjerka wręczając mu go, specjalnie przejechała opuszkami paców po jego skurzę. Przygryzając wargę, patrzyła na niego, jakby wręcz prosiła, żeby ją przeleciał, nawet tutaj.

Nie mogłam na to patrzeć, gdyż najzwyczajniej w świecie wzrok tej "kasjerki" przyprawiał mnie o mdłości. Kręcąc niedowierzająco głową, ruszyłam w stronę wyjścia.

 Doskonale wiedziałam, że nie jesteśmy tu na żadnej pieprzonej randce, ale nie powinien się tak zachowywać. Kompletnie nie interesowało go to, że był tu ze mną. Usłyszałam szybkie kroki za sobą, a po chwili silną dłoń, na moim ramieniu.

-Aby, poczekaj, o co chodzi?- Spytał, doganiając mnie.

-O nic.- Warknęłam, strącają jego dłoń, i ponownie ruszając.

Jestem dziewczyną, więc uczulają mnie takie rzeczy. Jestem pewna, że żadna nie chciałaby znaleźć się w tak niezręcznej sytuacji, jak ta. Raz, już byłam tego świadkiem, w jego firmie.

-Do cholery powiedz mi?! Co Ci się tak nagle stało?!- Ponownie zatrzymał mnie, bardziej rozkojarzony, i zdenerwowany.

-Hmm,- Udawałam, że myślę.- Mo,że o to, że jesteś tu ze mną, a i tak gapisz się na inne?!- Krzyknęła, wyrzucając ręce w powietrze. Kilka osób spojrzało się w naszą stronę, ale wyjątkowo, mało mnie to obchodziło. Zmarszczyłam wrogo brwi, a po chwili zrozumiałam, jak to zabrzmiało. Justin uśmiechnął się do mnie łobuzersko,co niestety muszę przyznać, było kurewsko pociągające.

-Jesteś zazdrosna.- Przybliżył się do mojego ciała, podobnie jak zrobił to na parkingu, słabo mrucząc do mojego ucha. To nie było pytanie, raczej stwierdzenia. Czułam, dosłownie, jak nogi uginają się pode mną.

-Wcale mnie, ja... ja uwarzam, że to po prostu nie w porządku.

Starałam się jak kolwiek bronić, i przed jego argumentami, jak i przed urokiem.

-Przepraszam.- Mruknął, dłoń kładąc na mojej tali, jednak nie było to nieprzyzwoicie nisko. Umiał zachować odpowiedni dystans. Nie sprawiał, że czułam się źle, bądź źle traktowana, za co byłam mu cholernie wdzięczna.

-Ja po prostu się zdenerwowałam.- Dokończyłam moją wcześniejszą wypowiedź.

-Wiem, ale spokojnie, dobrze?- Mruknął, kiedy skinęłam głową, a chłopak odsunął się Cholera, wcale nie przeszkadzało mi to, że był tak blisko....

-Jest ok.- Mruknęłam szczerze.-Powiedz mi, gdzie idziemy.

-Na kręgle.- Wzruszył ramieniem, jakby to, było jedną z najbardziej oczywistych na świecie rzeczy.

-Serio? Ja nawet nie umiem grać.- Mruknęłam, spuszczając głowę, i doganiając Justina, który szedł w kierunku, jak mniemam do owej kręgielni.

-Naprawdę? Cóż, będziesz miała okazję nauczyć się.- Odparł, z uśmiechem.

-Ale...

-Aby, proszę Cię, nie marudź. Jeżeli nie umiesz, w takim razie ja Cie nauczę.

Westchnęłam. Podobał mi się ten pomysł, więc szłam za Justinem, rozglądając się na boki. Patrzyłam na witryny ekskluzywnych, drogich i markowych sklepów, ale jakoś nie przemawiało to do mnie. Jednym słowem, nie kręciło mnie to tak, jak te wszystkie nastolatki w tych sklepach, które szastały kasą na lewo, i prawo.



                                                   
                                                    ***~***~***~***~***~***~***~***


 Cześć i czołem! Witam was rozdziałem, ale opóźnionym... No cóż, dziękuję za 21 komentarzy pod poprzednim rozdziałem. To naprawdę mega słodkie, i kochane. :)

Justin i Abyyyy, hmmm :D Pewnie parę osób czeka, aż Justin ją pocałuję, ale to już niedługo ;)

Mam do was mega prośbę, być może nie powinnam, ale zaznaczam, że do niczego nie zmuszam, a jedynie zachęcam osoby, które uważają moje FF za wystarczająco dobre, aby po prostu polecać je znajomym. Komukolwiek. Nie ukrywam, że staram się o czytelników, ale to chyba dość oczywiste, gdyż nie piszę już tego dla siebie, a dla was. Jeżeli tylko macie ochotę, zezwalam na rozpowszechnianie linku do mojego FF. :)

Kolejną rzeczą, są informacje. Dziwi mnie to, że tak rzadko do nich zaglądacie, a są one na jednym z pasków głównych, więc nie musicie nigdzie wchodzić, aby po prostu dowiedzieć się, kiedy rozdział, gdyż jeżeli sama znam już datę, po prostu ją wam tam podaję. :)

Z góry dziękuję, i kocham was mocno :)

Damy radę nie zmniejszać liczby komentarzy? Proszę :)

Do następnego!

sobota, 4 października 2014

Rozdział 9

"-Kochanie spokojnie, nie tak szybko..."

CZYTASZ?= KOMENTUJESZ!+ Notka pod rozdziałem.

Zapomnieć choć na chwilę o rzeczywistości
Zatracić się w tej błogości zwanej nocą w ciemności ~ Wiersz mojego autorstwa





Justin's POV.
Sam nie bardzo mogłem uwierzyć w to, co przed chwilą powiedziałem. Kurwa Betty świeci przede mną cyckami a ja mam to gdzieś!? W sumie, nigdy nie czułem pociągu seksualnego do tej kobiety, w przeciwieństwie jednak do tego, co ona czuła. Nie raz dała mi do zrozumienia, że chce mnie w swoim łóżku,-Co tak na prawdę nie wzbudza mojego większego zdziwienia- ale nie interesowała mnie. Myślę, że tylko z obawy o swoją posadę, nie powiedziała tego nigdy w prost. Może dlatego, że ja nie odwzajemniłem jej uśmieszków, nie była pewna. I słusznie. To nie tak, że nie podoba mi się. Jest na prawdę piękną kobietą, ale czy musi mi stawać na widok każdej?

Kiedy odkładając dokumenty, patrzyła na mnie z zamaskowaną sztucznym uśmiechem, złością przelotnie spojrzałem na nią i ja. Oblizałem usta, kiedy wyprostowała się, tym samym zabierając mi widok na jej dekolt. Odwróciła się, kręcąc biodrami wyszła. Spojrzałem na Aby wciąż siedzącą przede mną. Przygryzała wargę, mając spuszczony wzrok.

-To, na czym skończyliśmy? Teraz ja pytam?- Zmarszczyła nie pewnie brwi, kiedy skinąłem głową.

-Tak, Ab. Pytaj o co kolwiek chcesz.- Zapewniłem, ponownie zaczynając kręcić się na fotelu w prawo, i lewo. Nie spuszczałem z niej wzroku, do póki nie namyśliła się.

-Jak długo byłeś z Laylą?- Mruknęła dość nie pewnie, obserwując moją reakcję, zapewne nie chcąc mi o niej zbyt przypominać. Wpatrywałem się chwilę, gryząc policzek od wewnątrz.

-Poznaliśmy się na spacerze, rok, może półtora temu.-Odparłem.- Wiem, brzmi jak z jakiegoś taniego filmu.- Skrzywiłem się lekko na wspomnienia.

*WSPOMNIENIE*
 Idąc jedną z wąskich uliczek, kopnąłem mocno kamień pod moi butem, warcząc pod nosem. Byłem wręcz załamany, nie radząc sobie z tym wszystkim, mimo, że jestem już w tym rok. Nie radzę sobie z tym. Kilku krotnie przechodziła mi przez głowę myśl, nad sprzedażą firmy, jednak wiem, że to wszystko było mojego ojca, więc nie jestem w stanie tego zrobić. Jeszcze przed śmiercią, zapisał mi ją w spadku, ufając mi. Zamierzałem godnie zarządzać jego firmą. Moją, firmą, twardą ręką, tak jak robił to on. Ale cholera, w wieku dwudziestudwuch lat, nie potrafię wziąć się za to porządnie. 

Podniosłem wzrok, czując jak uderzyłem w kogoś, co od razu obudziło mnie z zamyśleń. 

-Uważaj, jak kurwa chodzisz!- Wrzasnąłem, nie widząc jeszcze uderzonej przeze mnie postaci. Miałem ochotę wyładować na czymś swoją frustracje.

-Przepraszam, nie chciałam...- Mruknęła lekko oszołomiona, drobna kobieta, co od razu zmieniło moje nastawienie. 

-Nie, ja przepraszam.- Mruknąłem, podając jej rękę, ciągnąc w górę. 
*KONIEC WSPOMNIENIA*

Potrząsnąłem lekko głową, wracając do rzeczywistości. Spojrzałem na Abyagil.

-Miałem wtedy trochę problemów z firmą, i emmm, kilka rodzinnych...- Zacisnąłem szczękę, przypominając sobie jego. Człowiek, którego nie chcę pamiętać nigdy.-Ona zdawała się rozumieć mnie, więc szybko odnaleźliśmy wspólny język. Wymieniliśmy się numerami, i jakoś samo potoczyło się dalej. Byliśmy ze sobą koło siedmiu miesięcy. Właściwie, żałuję, że kiedy kolwiek ją poznałem.- Mruknąłem bez emocji, kiedy dziewczyna wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem. 

-Problemy rodzinne? Przecież mówiłeś, że dwa lata temu zginęli twoi rodzice. W takim razie masz pewnie rodzeństwo, lub dziadków?- Spytała, opierając się łokciami o biurko, kiedy zachichotałem

-Albo mi się wydaje Ab, albo teraz ja zadaję pytanie, hmmm?- Uniosłem jedną brew, sprawiając, że spuściła spojrzenie.

-Fakt.

-W takim razie le ty byłaś z tym, no jak mu...- Zmarszczyłem brwi, gestykulując rękoma, kiedy zrobiłem jakąś dziwaczną minę, bo Aby zaczęła się śmiać. Spojrzałem na nią srogo, więc od razu przestałą się śmiać, jednak nie przestałą być rozbawiona. Sam zaśmiałem się, biorąc pod uwagę, jak strachliwa jest.

 -W sumie, nigdy nie byliśmy razem tak do końca...- Wydęła policzek językiem, patrząc w podłogę.- Nigdy oficjalnie nie zapytał, czy chcę z nim być, to znaczy nie nazwaliśmy tego....- Mruknęła nie zręcznie, kiedy pokiwałem głową na znak, że rozumiem.

-Czyli nie miał odwago spytać Cię o związek, ale za to nie miał oporów przed namawianiem Cię do,..

-Tak, dokładnie.- Spojrzała na mnie, przerywając mi, zapewne nie chcąc usłyszeć tego. Nie chciała usłyszeć tego, co chciał jej zrobić, a ja nie miałem choćby prawa dziwić się temu. Nie oszukujmy się, nie miałaby najmniejszych szans. Jest zbyt mała, i słaba, by mogła obronić się przed gwałtem.

-W takim razie jest przykładem klasycznej, męskiej pizdy.-Odparłem prychając, słysząc westchnięcie dziewczyny. Między nami zapadła chwilowa cisza, kiedy dziewczyna, jakby zastanawiała się nad czymś.

-O mój Boże!- Aby wstała gwałtownie, więc spojrzałem na nią marszcząc brwi, również wstając.

-Coś nie tak?- Spytałem, kiedy zrobiła się blada, oddychając głęboko.-Co się dzieje Ab?!

-Jestem oficjalnie martwa.- Pokręciła głową, po chwili kładąc na niej dłoń.

-Nie rozumiem, czemu?!- Krzyknąłem, nie wiedząc kompletnie co na myśli miała, jednak szybko uświadomiła mnie, wskazując palcem na zegarek na ścianie.

-O kurwa.- Parsknąłem, zdobywając od dziewczyny pełne mordu spojrzenie. Uniosłem ręce w geście obronnym, chichocząc.

-Co Cię tak bawi, do cholery?! Boże, Justin co teraz?!- Spanikowana, nie spokojnie rozglądała się na boki. Włożyłem ręce do kieszeni, szukając kluczy od mojego gabinetu.

-Spokojnie, odwiozę Cię.- Grzebałem w kieszeniach, powoli tracąc cierpliwość. Kurwa, przysięgam, że pomieściłbym w nich połowę Ameryki północnej, i zapewne jednego kangura z Australii!

-Kurwa są!- Krzyknąłem uradowany, szybko chwytając dziewczynę za przedramię, ciągnąc w stronę drzwi. Bez najmniejszego protestu dała się porwać moim ruchom, a chwilę, później zamykałem zamek. Szarpnąłem klamką, upewniając się, że wszystko dokładnie zamknąłem, po czym biegiem ruszyliśmy w stronę wind. Spojrzałem na spanikowaną Abygail, która z nadzieją, że winda przyjedzie szybciej, naciskała guzik paręnaście razy. Desperacja na jej twarzy była wręcz ogromna, i jak dla mnie zabawna. Ponownie spojrzała na mnie karcąco, warcząc, i ciągnąc za włosy.

-Dlaczego to cholerstwo tak się wlecze?!- Przewróciła oczami, kiedy zacisnąłem usta w cienką linkę, bezwstydnie śmiejąc się z niej. Wyglądała jak te wszystkie aktorki na filmach, którym zostało pięć minut życia, ponieważ w budynku jest bomba, lub pożar, lub... kangur terroryzujący wszystkich z Australii. Parsknąłem głośniej śmiechem, kręcą głową.

-Dawaj, pojedziemy moją windą.- Nie czekając na dziewczynę, która i tak zaraz była obok mnie, ruszyłem ponownie w stronę mojego gabinetu, gdzie kawałek dalej znajduje się moja winda. Tak, mam prywatną windę. Nie, żebym uwarzył się z lepszego, ale jak widać w takich momentach, przydaje się. Nacisnąłem guzik, i bez choćby chwili czekania, drzwi rozsunęły się, ukazując srebrne, lustrzane pomieszczenie. Posłałem Ab wymowny uśmiech, na co ta przewracając oczami, wręcz wepchnęła mnie do niej.

-Kochanie, spokojnie nie tak szybko.- Parsknąłem, kiedy i ona sama zaśmiała się, naciskając odpowiedni przycisk, tak aby winda przewiozą nas do lobby.

-Jesteś głupi.- Podsumowała, niecierpliwie tupiąc nogą.

-Ja?-Parsknąłem, patrząc na nią.

Miałem wrażenie, że winda jest dziś wyjątkowo powolna. Twarz Aby, pokryła się bordowym rumieńcem, kiedy uderzyła mnie w ramie.

-Ałaaa!- Krzyknąłem żartobliwie, jak mała dziewczynka, zdobywając od Ab spojrzenie, niczym na niepełnosprawnego psychicznie, na co wybuchnąłem śmiechem.

-Jesteś jakiś nie normalny, czy co?- Podsumowała pytaniem retorycznym, lecz nie zdążyłem jej cokolwiek odpowiedzieć, kiedy winda zatrzymała się, a drzwi rozsunęły. Gorączkowo wyszliśmy z windy, od razu kierując się do obrotowych drzwi, chcąc być na zewnątrz.. Kilku pracowników, spojrzało na nas dziwnie, ale byli i tak zbyt strachliwi w stosunku do mnie, więc byłem niema pewien, że nie będą nic komentować. Popychając lekko drzwi, wyszliśmy na dróżkę, biegnąc w stronę parkingu. Spojrzałem na Abygail, która ledwo dysząc wyraźnie nie mogła już biec. Parsknąłem śmiechem, będąc ledwo zdyszany.

-Co Cię tak bawi?!- Krzyknęła, co kosztowało ją jeszcze więcej wysiłku. Było już cholernie ciemno, więc sztuką było znaleźć samochód od razu. Zatrzymaliśmy się na chwile, rozglądając po parkingu zapełnionym samochodami, a ja starałem się przypomnieć sobie miejsce, gdzie jest mój.

-Ab, śmieję się, bo biegniesz nie w tę stronę.- Spojrzałem na nią, również oddychając płytko, kiedy przypomniałem sobie, że zaparkowałem na drugim końcu.- Choć.- Skinąłem głową w jej stronę, biegnąc na miejsce, gdzie był samochód. Gdy tylko zauważyłem mojego Range Rover, przestałem biec, jednak dziewczyna robiła to dalej. Westchnąłem, ruszając za nią już nie biegiem, a truchtem. Bez czekania, aż otworze jej drzwi, wsiadła na miejsce pasażera, a po chwili ja, na miejsce kierowcy.

-Justin, błagam, pośpiesz się.- Wydyszała, kiedy wyjechałem na autostradę, wyprzedzając parę samochodów.

-Nie mogę za bardzo dociskać gazu, jest noc, a jak widzisz, droga nie jest pusta.- Mruknąłem, oblizując usta, kiedy umiejętnie omijałem na drodze wszystkich, którzy wlekli się. Dziewczyna westchnęła, przymykając oczy, kiedy oparła głowę o szybę.

Jechaliśmy w ciszy, jednak nasze głośne oddechy po biegu, nieco zagłuszały ją. Spojrzałem na Aby ukradkiem, widząc, że naprawdę bała się. W sumie, nic dziwnego, James jest dość szorstki, jeśli chodzi o bezpieczeństwo podopiecznych, i po jakimś czasie, jest niecierpliwy, jeśli brakuje kogoś. Mijając wielki, Nowojorski park, wiedziałem, że już nie daleko, do ulicy domu Abygail, więc lekko przyśpieszyłem. Po paru minutach, zaparkowałem przed domem dziecka, odpinając pas bezpieczeństwa, tak samo, jak Abygail. Chwyciłem za klamkę, już zamierzając wysiadać, kiedy opadła na oparcie fotela. Odwróciłem się w jej stronę, marszcząc brwi, kiedy przełknęła głośno ślinę.

-Coś nie tak?- Spytałem, patrząc na nią.

-Jak mam tam wejść? James, albo Alec nie zabije.- Mruknęła, chowając twarz w dłonie.

-Im dłużej będziemy tu siedzieć, i czekać, tym większe szanse, że tak właśnie się stanie.- Posłałem jej porozumiewawcze spojrzenie, kiedy niepewnie skinęła głową, wysiadając. Zrobiłem to samo, lekko trzaskając drzwiami. Ruszyliśmy wzdłuż ścieżki prowadzącej do drzwi, po czym weszliśmy do domu. Staraliśmy się za wszelką cenę nie wydawać żadnych dźwięków, co nawet nieźle nam wychodziło, dopóki Ab nie kiwnęła głową w moją stronę, ruszając na schody, które skrzypiały niemiłosiernie. Warknąłem pod nosem, kiedy dziewczyna zacisnęła usta, próbując nie zaśmiać się, kiedy z każdym naszym krokiem schody skrzypiały coraz bardziej. W sumie, było to dość zabawne, bo jeszcze przed chwilą była cała wystraszona. Weszliśmy na drugie piętro, od razu idąc do pokoju Aby. Weszliśmy do środka, zamykając drzwi, kiedy odetchnęła głęboko, odchylając głowę do tyłu.

-Jezu, jakim cudem nikt nas nie zauważył?- Spojrzała na mnie kręcąc rozbawiona głową, kiedy  usiadłem na łóżku dziewczyny.

-Nie wiem. W sumie, miałem nadzieję, że spotkamy Jamesa, i da Ci zakaz wychodzenia poza teren domu, do dorosłości.- Zachichotałem, kładąc się na plecach z rękoma założonymi na tył głowy, kiedy moje stopy wciąż dotykały podłogi. Dziewczyna spojrzała na mnie wrogo zwężając oczy.

-Bardzo zabawne.- Posłała mi fałszywy uśmiech, wytykając język. Podeszła do łóżka, siadając obok mnie, odwróciła się w moją stronę, wdrapując się na łóżko i siadając na poduszkach po Turecku.

-Mimo wszystko, dobrze bawiłam się w twoim biurze.- Westchnęła, kiedy posłałem jej żartobliwy, łobuzerski uśmiech.

-Podobało Ci się?

Zacisnąłem oczy z uśmiechem, odrzucając ręce za siebie, i głośno przeciągając. Czułem, jak najmniejsza kostka w moim ciele wskakuje na swoje miejsce...

-W sumie, tak.- Wzruszyła ramionami. Między nami zapanowała cisza, kiedy przymknąłem oczy, czując jak powoli przejmuje mnie zmęczenie.

-Justiiin...- Z mojej "drzemki" wyrwał mnie delikatny głos Aby, sprawiając, że otworzyłem oczy.

-Hmmm?- Mruknąłem chrypliwie, obserwując dziewczynę, które spuściła spojrzenie.

-Nie kłóćmy się więcej, dobrze?- Mruknęła nie śmiało, bawiąc się swoimi palcami.

Zmarszczyłem lekko brwi, nie odzywając się, a wciąż wpatrując w dziewczynę, która nie patrzyła na mnie. Przygryzłem wargę, patrząc na nią tak długo, aż ona spojrzała na mnie.

-Dobrze?- Powtórzyła. Sprawiając, że tym razem kiwnąłem głową.

-Dobrze.- Posłałem jej uśmiech, który odwzajemniła.

-I obiecujesz, że nie wyjdziesz, i nie wrócisz za miesiąc?- Spojrzała na mnie porozumiewawczo, kiedy znów nic nie odpowiedziałem. Dziewczyna westchnęła, przygryzając wargę.

-No chyba, że potrzebujesz więcej czasu, żeby przemyśleć sprawę z Laylą. Nie każę Ci ze mną spędzać czas.- Przełknęła ślinę, poruszając się na miejscu.

-Nie, nie. Po prostu zamyśliłem się.- Odparłem.- Czyli chcesz spędzać ze mną czas, hmmm?- Uniosłem jedną brew, układając ręce na karku. Jej policzki lekko zaczerwieniły się, a na usta wdarł lekko zauważalny uśmiech.

-Jeżeli nie przeszkadza Ci to, i ty chcesz spotykać się ze mną.- Wzruszyła jednym ramieniem, bawiąc się rąbkiem poduszki. Tak cholernie bardzo starała się ukryć to, że na nią działam, jednak była zbyt przewidywana, co nieco martwiło mnie, gdyż kiedyś może tego żałować. Jednak teraz to było nawet słodkie.

- W sumie, nie mam nic przeciwko.- Posłałem jej uśmiech, który odwzajemniła, znów bawiąc się czymś.- I tak nie mam nic lepszego do roboty.- Dodałem, wzruszając niedbale ramionami, kiedy również odwróciłem wzrok. Czułem, jak spojrzała na mnie wrogo.

-Pff, a może ja mam?- Spytała, kiedy starałem się pozostać poważnym, patrząc na nią ukradkiem.

-Tak? Ciekawe co.- Mrugnąłem do niej, na co przewróciła żartobliwie oczami.

- Jest dużo ciekawszych rzeczy do roboty, niż spotykanie się z tobą.- Warknęła, sprawiając, że zachichotałem.

-A więc uważasz to za randki?- Droczyłem się z nią, oblizując usta. Spojrzała na mnie zawstydzona, wyraźnie walcząc z uśmiechem. Poważnie, można czytać z niej, jak z otwartej księgi.

-Mógł byś przestać się ze mną droczyć? Myślisz, że nie wiem, że myślisz, że łatwo mnie zawstydzić?- Mruknęła z wyrzutem, kiedy uniosłem brwi zdziwiony. Jednak nie jest taka głupiutka, za jaką ją miałem.

-A jest?- Mimo wszystko, brnąłem dalej. W sumie, lubiłem, kiedy była zawstydzona, przeze mnie.

-Nie.- Mruknęła, kiedy zaśmiałem się głośno.

-To, co mówisz Ab, nie ma sensu, wiesz? Najpierw przyznajesz się do tego, że jest łatwo sprawić, żebyś wstydziła się, a teraz zaprzeczasz.- Podsumowałem, podnosząc się do pozycji siedzącej.

-Być może, ale serio myślałeś, że przyznam się do tego?- Posłała mi uśmiech, kiedy oparłem łokcie o kolana, odwracając głowę w jej stronę. Uśmiechnąłem się pod nosem.

-Do tego, że łatwo Cię zawstydzić, czy do tego, że uważasz nasze "spotkania" za randki?- Zachichotałem, tak samo jak dziewczyna, która pokręciła rozbawiona głową, podciągając kolana do brody.

-Nie uważam ich, za randki, Justin. Widzisz, tak się składa, że to ja nie mam nic lepszego do roboty tutaj.- Posłała mi zwycięski uśmiech, kiedy oblizałem usta, chichocząc.

-Tak? Znów to robisz. Znów mówisz zupełnie coś innego, niż wcześniej. Wcześniej mówiłaś, że masz leprze rzeczy do roboty.- Spojrzałem na nią, kiedy przewróciła żartobliwie oczami.

-A może to był sarkazm?

-A może gubisz się we własnych kłamstwach?- Mruknąłem, kiedy nawet nie dokończyła zdania, gdyż moje słowo weszło na jej. Nabrała powietrza, kiedy wiedziałem, że wygrałem.

-Możemy zakończyć ten dialog?- Sapnęła, tylko utwierdzając mnie w moim przekonaniu, o wygranej słownego "pojedynku". Westchnąłem, opierając się o drewniane zakończenie łóżka.

-Jesteś słodka, kiedy mając szesnaście lat, próbujesz gadać, jak dorosła.- Mruknąłem

-Może wcale nie próbuję?- Uniosła brew, lekko uśmiechając się. Albo wydawało mi się, albo próbowała ze mną flirtować. Szczerze, byłem nieco zszokowany, bo nawet nieźle jej to szło. Wydawało mi się, że jest bardzo nie śmiała... Oblizałem usta, chichocząc.

-Daj spokój Ab, i tak wygrałem. Później pewnie powiedziałabyś, że jednak próbujesz.- Zaśmiałem się, sprawiając, że spuściła spojrzenie.

-Raczej nie przyznałabym się do tego, że próbuję być dorosła. Tak, jak mówiłam. Jestem.- Wzruszyła ramionami, kiedy zaśmiałem się, czując już łzy w oczach. Mimo wszystko, była przezabawna.

-Ej, z czego się śmiejesz?!- Zachichotała, kiedy pokręciłem głową.

-Z Ciebie.- Nawet nie próbowałem udawać, że to nie przez nią.

-Wredny jesteś.- Podsumowała, lekko poprawiając się na miejscu. Podciągnęła się jedną ręką, tą nie zabandażowaną, kiedy oblizałem usta.

 -Kiedy Ci to ściągają?- Wskazałem na jej bandaż, kiedy i ona spojrzała w tym samym kierunku.

 -Jutro.- Odparła krótko, śpiącym głosem.

-Chcesz spać?- Szepnąłem. Pokiwała twierdząco głową, ziewając.

-Ok.w takim razie widzimy się jutro. Dobranoc, Ab.- Mruknąłem, posyłając dziewczynie uśmiech, kiedy wstawałem na równe nogi.

-Poczekaj.- Spojrzała na mnie, sprawiając, że odwróciłem się w jej stronę, patrząc wyczekującym wzrokiem.

-Tak?

-Chciałam się zapytać, czy nie chciałbyś zostać ze mną, to znaczy...- Rozglądała się niepewnie po pokoju. Posłałem jej łobuzerski uśmiech, oblizując usta.

-Naprawdę chcesz? Jej, nigdy nie sądziłem, że zapytasz o coś takiego.- Pokręciłem głową, śmiejąc się. Westchnęła jeszcze bardziej speszona, patrząc na mnie ukradkiem.

-To znaczy, chodzi o to, ze nie lubię być sama, zwłaszcza w nocy.- Mruknęła, jakby strachliwym głosem, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Koniec żartowania.

-Skarbie, znów masz jakiś problem?- Usiadłem z powrotem na łóżku, tym razem koło dziewczyny, która pokręciła przecząco głową.

-Nie, jest stary problem. Boję się po prostu być sama. Boję się Cupera.- Mruknęła cicho, patrząc na swoje stopy. Zacisnąłem pięść, czując napływającą złość. Strasznie wkurwiło mnie to, że boi się spać przez niego. Mimo, iż wiedziałem, że nie powinienem spać u niej, nie potrafiłem jej teraz odmówić.

-Zostanę z Tobą.- Położyłem rękę na jej ramieniu masując je lekko, kiedy przeniosła wzrok na nią. Posłała mi delikatny uśmiech.

Znaczy, jeśli to nie jest dla Ciebie problem. Jeśli nie masz nic przeciwko. Nie chcę, żebyś pomyślał o mnie coś złego...- Spuściła spojrzenie, gestykulując ręką każde słowo wypływające z jej ust, kiedy zachichotałem.

-Spokojnie, nie stanowi to dla mnie żadnego problemu. W sumie, nie przeszkadza mi spanie z seksowną szesnastolatką.- Poruszyłem wymownie brwiami, kiedy wyprostowała nogi, przewracając oczami.

-Tylko łapy przy sobie.- Posłała mi ostrzegawcze spojrzenie, co wyglądało komicznie, kiedy zwęziła oczy. Starała się brzmieć groźnie, ale średnio jej wychodziło.

-Tak jest.- Przyłożyłem do czoła palec wskazujący i środkowy, salutując. Mój telefon zadzwonił, więc posyłając Abygail szybkie, przepraszające spojrzenie, wyjąłem telefon z marynarki, widząc na ekranie numer Ryana. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czego chce tak późno. Czyżby kolejny mecz na jutro? Odebrałem, naciskając zieloną słuchawkę i przystawiłem telefon do ucha.

-Siema Ry.- Zachichotałem.

-Justin?

-Tak, kto inny miałby odebrać mój telefon?- Przewróciłem oczami, mimo, że on nie mógł tego zobaczyć.

-Ostatnio odebrała jakaś laska, kiedy jeszcze spałeś, więc wolę się upewnić.- Zachichotał, kiedy parsknąłem, patrząc ukradkiem na Abygail. Cholera, mam wrażenie, że wszystko słyszy.

-Dzwonisz po to, by upewnić się, że odbiorę ja?- Mruknąłem.

-Nie. Widzisz, sprawa jest o wiele poważniejsza.- Jego głos stał się bardziej srogi, sprawiając, że oblizałem usta, zastanawiając się o co chodzi.

-O co chodzi?

-Rozmawiałem z Zackiem, Justin.- Nabrałem więcej powietrza, wiedząc, że nie będę mógł dłużej rozmawiać w obecności Aby. Odsunąłem lekko słuchawkę od ucha, wstając. Szepnąłem ciche "Zaraz wracam" i pośpiesznie wyszedłem, zostawiając zdziwioną dziewczynę w pokoju.

-Po cholerę?! Myślałem, że wszystko jest już jasne, myślałem, że ty też skończyłeś z tym gównem, Ryan!- Warknąłem, ciągnąc za końcówki włosów we frustracji. Jeżeli chodzi o Zacka, nie może to być nic dobrego. Cholera.

-Ja też myślałem, że skończyłeś z tym, ale moje zdanie zmieniło się, od kiedy wynająłeś od niego ochroniarza, kurwa.- Również warknął, kiedy przypomniała mi się sprawa Aby.

-Cholera, on nie był dla mnie! To była inna sprawa!- Chodziłem po korytarzu w tę i z powrotem.

-Nie ważne, Justin. W każdym razie, chciałem Ci tylko powiedzieć, że musimy pogadać.

-O czym? Kurwa, Ryan, coś nie tak? - Oparłem się o ścianę, oblizując usta.

-To nie jest rozmowa, na telefon. Pogadamy, jak będziesz w firmie. Będziesz jutro?

-Właściwie, zamierzałem wziąć jutro wolne.- Mruknąłem, wpatrując się w podłogę. Westchnąłem, przygryzając wargę. Rozejrzałem się, upewniając, że nie ma nikogo.

-W takim razie pogadamy po jutrze.

-Jesteś pewien, że to może poczekać?- Musiałem się upewnić, czy nie będzie to ważniejsze, od moich jutrzejszych planów.

-Tak.

-Dobra. W sumie, czemu dzwonisz tak późno?

-Byłem zajęty.- Mruknął obojętnie, kiedy na moje usta, mimowolnie wdarł się uśmieszek.

-Wydawało mi się, że jesteś zajęty w ciągu nocy.- Zaśmiałem się, równo z Ryanem.

-Zaraz będę bardzo zajęty. Musiałem tylko zadzwonić do Ciebie, i powiedzieć Ci o tym, zanim zapomniałbym jutro.- Odparł, kiedy ponownie zaśmialiśmy się.

-Ta, nie koniecznie musiałem to wiedzieć, Ry. Trzymaj się stary.

-Ty też.- Rozłączył się, kiedy oderwałem telefon od ucha, odpychając plecy od ściany. Westchnąłem, chowając telefon, kiedy z powrotem wszedłem do pokoju Aby.

-Przepraszam, musiałem na chwilę wyjść.- Mruknąłem, posyłając siedzącej na łóżku dziewczynie uśmiech.



Abygail's POV.

 -Przepraszam.- Mruknął cicho, ledwo słyszalnie, zostawiając mnie samą, zdziwioną. Wzruszyłam jedynie ramionami, przecież nie musiał rozmawiać przy mnie. W sumie, i tak byłam zdziwiona, że nie wyszedł od razu, kiedy tylko zadzwonił jego telefon. Kolejną rzeczą, która mnie dziwiła, to głos tego kogoś po drugiej stronie, mówiący,że niedawno odebrała jakaś laska. Nie żebym podsłuchiwała, ale no błagam, siedział tuż koło mnie! W końcu, podobno tak bardzo tęsknił za swoją byłą dziewczyną, a jednak, szybko postanowił się zabawiać. Niestety, to tylko facet... Po usłyszeniu tych słów, lekko speszyłam się, i nie byłam już taka pewna, czy chcę, aby został ze mną na noc...

To po co robisz z siebie wielce bojaźliwą, dziewczynkę, która boi się spać sama, hmmm?

W sumie racja... Poprosiłam go o to, on nic nie wspominał o tym wcześniej, więc chyba nie ma się czego bać? Mimo wszystko, gdybym w jakiś sposób nie ufała mu, nigdy bym nie zaproponowała czegoś takiego. W sumie, gdybym nie ufała, nikomu bym nie zapropnowała. A już na pewno nie dorosłemu facetowi...

Przygryzłam wargę, wciąż siedząc na łóżku, i bijąc się z własnymi myślami. Gdybym teraz się rozmyśliła, i powiedziała mu, że jednak nie chcę, aby ze mną został, nie wyglądało by to najlepiej z mojej strony. Byłoby to dość niegrzeczne, prawda? Ale cholera, ja nawet nie chcę, żeby sobie szedł.

Spojrzałam w stronę drzwi, czekając na Justina. Cholernie korciło mnie, aby po prostu podsłuchać o czym gada, ale to było by okropne. Skarciłam się w myślach, za tak nie dorzeczne głosy w mojej głowie, od razu pozbywając się ich. Oprócz tego, że to byłoby głupie, mógł wejść w każdej chwili, a ja nie byłabym w stanie wytłumaczyć się z tego.


Pokręciłam głową, niespokojnie poprawiając się na łóżku, i spoglądając w stronę okna. Zawiesiłam swój wzrok na gwieździstym niebie, czując jak robię się coraz bardziej senna.

Po paru minutach drzwi otworzyły się, a lekkie obawy, muśnięcia strachu w mojej głowie, pojawiły się mimowolnie. Oczywiście, dostrzegając Justina od razu zniknęły.

-Przepraszam, musiałem na chwilę wyjść.- Odparł, zamykając za sobą drzwi, i posyłając uroczy uśmiech w moją stronę.

-Jasne, nie ma sprawy, coś poważnego?- Posłałam mu delikatny uśmiech, kiedy usiadł obok mnie.

-W sumie, nie. Znajomy.- Wzruszył ramionami, ziewając.

-Chce spać.- Mruknęłam, wstając, i wybierając z półki jakąś najwięcej zakrywającą pidżamę. Cholera, jedyna pełna, to w baranki... Leprze oczywiście są słodkie, różowe baranki, niż paradowanie z pół gołym tyłkiem przed Justinem.

Usłyszałam westchnięcie chłopaka, więc spojrzałam na niego spod rzęs, kiedy stał z drugiej strony łóżka. Zmarszczyłam brwi.

-Widzisz Ab, nie mam tu nic do spania, a przecież wiadome, że nie będę spał w garniturze. No nic, będę musiał spać w bokserkach.- Wzruszył ramionami, jakby nie stanowiło to dla niego problemu, kiedy przygryzłam lekko wargę.

Pytając go, czy zostanie ze mną, pomyślałam o wszystkim. O konsekwencjach, gdyby dowiedział się James, bądź inny opiekun, o tym, co byśmy wtedy powiedzieli, o wszystkim. Tylko nie o tym. Starałam się pozostać nie przejętą, więc również wzruszyłam ramionami, chwytając pidżamę, i zamykając półkę, wstałam. Cholera, zobaczę go nago!

Prawie nago, zdesperowana nastoletnia smarkulo. Nie podniecaj się przed wcześnie.

Suka. Nic więcej nie powiem, oprócz tego, że jak zwykle zgasiła mnie po mistrzowsku.

-Jasne. W sumie, to nie było planowane, skąd miałbyś mieć ubrania, na zmianę?- Uniosłam jedną brew, rozczesując włosy szczotką.

-A więc planowałaś coś na inny termin?- Spytał, śmiejąc się słodko, poruszając przy tym zabawnie brwiami. Przewróciłam oczami, zastanawiając się, czy nie jest bardziej dziecinny ode mnie. W sumie, wydaje mi się, że każdy facet est dziecinny. Takie duże męskie dziecko. Ale co ja tam mogę wiedzieć....

-Znów to robisz.- Podsumowałam, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie, kiedy ściągał marynarkę. Szybko odwróciłam spojrzenie, zerkając co chwilę w jego stronę. Nie, wcale nie chciałam zobaczyć jego klatki piersiowej, skąd ta myśl?... 

-Co takiego robię, hmm?

-Próbujesz onieśmielić mnie.- Odparłam dość pewnie, szykując wszystkie rzeczy, do przebrania się. Musiałam się upewnić, że mam wszystko, chociaż tym razem.

-Udaje mi się?- Mruknął, unosząc brew, kiedy powoli odwiązywał i tak luźno zawiązany krawat, oplatający jego szyję. To seksowne....

-Nie tym razem.- Mruknęłam cicho, kiedy rozpinał koszulę. To też seksowne...

Ogarnij się.

-Zamknę drzwi- Odparłam przelotnie, nie chcąc na niego patrzeć, gdyż wiedziałam, że specjalnie rozbiera się tak powoli. Przekręciłam zamek, oddychając głęboko, zaciskając usta w cienką linkę. Nie byłam pewna, czy mogę się odwrócić. Czułam, jak moje policzki zalewają się gorącem. Jeśli odwrócę się, on to zobaczy. Pokażę mu, że jednak udało mu się onieśmielić mnie kolejny raz, co jest wykluczone.

Stojąc pod drzwiami, jak czubek, nie załatwisz sprawy...

Cholera, co mi tam. Powoli odwracałam się. Już za chwilę!

Spojrzałam na Justina, leżącego pod kołdrą, patrzącego w telefon. Spojrzał na mnie rozbawiony.

-Myślałem, że już się nie odwrócisz.- Zachichotał, kiedy zmarszczyłam brwi, patrząc na niego jak na idiotę.

-Awww, skarbie, popatrzysz sobie innym razem. No chyba, że wolisz teraz. W sumie, wystarczy jedno słowo...

-Dobra, nie rozpędzaj się.- Wystawiłam mu język, mówiąc, że wrócę zaraz.. Weszłam do łazienki, upewniając się, że przekręciłam zamek. Nie żebym mu nie ufała... Rozebrałam się do naga, wchodząc pod prysznic, gdzie dokładnie umyłam ciało żelem waniliowym.

Zmarszczyłam brwi, przypominając sobie o bandażu na ręku. Cholera. Warknęłam pod nosem, zakręcając kurek z wodą, i niechętnie postawiłam stopy na zimnych kafelkach. Owinęłam się szczelnie ręcznikiem, zdejmując mokry bandaż. Z półki wyjęłam nowy, który dała mi Maria na wszelki wypadek... Delikatnie ścisnęłam nim siną rękę. Musiałam trzymać to do jutra. Wytarłam ciało i włosy, pozostawiając je wilgotne. Założyłam bieliznę, oraz pidżamę. Cholera, wyglądałam jak dziecko.

Dorosła się znalazła.

Miałam nadzieje, że Justin już zasnął, i nie zobaczy mnie w tych dziecięcych ciuszkach, które i tak są słodkie.

A co, wolisz,żeby gwałcił Cię wzrokiem, gdy masz na sobie zbyt krótką kieckę?!

W sumie nie. To było by okropne.

Uchyliłam delikatnie drzwi, wystawiając głowę. Justin nie spał. Wzdychając, zamknęłam drzwi i zgasiłam światło. Podeszłam nie pewnie do łóżka, zdobywając od Justina rozbawione spojrzenie, gdy odłożył telefon.

-Widzę, że nawet ubrałaś się seksownie.- Parsknął, śmiejąc się, kiedy podnosząc moją część kołdry zrobiłam to samo.

-Miałam nadzieję, że Ci się spodoba.- Pokręciłam głową, wciąż śmiejąc się, kiedy popchnęłam chłopaka lekko w ramię.

-Posuń się.- Mruknęłam, na co chłopak posunął się minimalnie... 

 -Swoją drogą, co wy dziewczyny robicie dwadzieścia minut w łazience? Jest już prawie druga w nocy.- Wielce oburzony Pan Justin kurwa Bieber aka Bóg seksu przemówił. Przewróciłam oczami, opadając na poduszki. 

-Nie twoja sprawa.- Mruknęłam, patrząc na chłopaka. Miałam świetny widok na jego tors, i chcąc nie chcą, obczajałam jego tatuaże. Najbardziej podobała mi się sowa na jego lewym ramieniu, która była ledwo widoczna przez resztę tatuaży, krzyż na środku piersi, znaki rzymskie na prawym obojczyku, oraz pionowy na boku jego szyi. To też seksowne... 

Chłopak westchnął,m i zaraz opadł obok mnie. Byłam odwrócona do niego tyłem, więc mogłam poczuć jego gorący oddech na moim ramieniu. Poczułam, jak oplata moją talię ręką, przybliżając się do mnie. Przygryzłam lekko wargę, nie ruszając się ani centymetr. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, gasząc lampkę nocną.

-Odwróć się do mnie.- Mruknął. Na mojej skurze pojawiła się gęsia skurka, ale zrobiłam to o co prosił, bardzo nie śmiało. Ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej. Czułam się bardzo bezpiecznie, nie myśląc o tym, że Cuper mógłby tu wejść.

-Dobranoc, księżniczko.

-Dobranoc....



                                                 ~~~~~~~**~~~~~~~~**~~~~~~


 Cześć wszystkim! Tak, tak wiem, należy mi się lanie :D Długo nie było rozdziału, ale na swoje wytłumaczenie mam to, że byłam chora. A jak wiecie, wtedy nic się nie chce, nawet oddychać (albo po prostu nie możesz przez zatkany nos -.-). Rozdział typowa sielanka ;) Może nie wprowadza nic do opowiadania, ale miał być spokojny :) Mam nadzieję, że się spodobał. Może to i trochę żałosne, że tak tłumacze się, ale uważam, że to fair wobec was. Ja jestem fair wobec was więc i wy bądźcie fair wobec mnie, i pozostawcie komentarz pod rozdziałem ;) Kocham was mocno, i dziękuje za 14 komentarzy pod poprzednim♥ Dacie radę więcej? :) Do następnego!




niedziela, 28 września 2014

Problem...

Słuchajcie, jest pewna sprawa, gdyż nie dodam rozdziału w niedziele, tak jak planowałam, a w... w sumie nie wiem. Leżę chora w łóżku, i choćbym nie wiem, jak się starała, nie mogę napisać za wiele, ponieważ przez łzy cała klawiatura rozmazuję mi się. Mam bardzo czułe oczy, a w stanie przeziębienia, łzy lecą niczym wodospad Niagara... (Nie wiem, jak to się pisze :D) W każdym bądź razie, nie pogniewacie się, jeśli rozdział będzie z lekkim opóźnieniem? :) W sumie, nie wiem po co się tłumacze, ale uważam, nie nie byłoby w porządku nie przedstawić wam sprawy, bo naprawdę nie jestem jak inne, niektóre chamskie autorki. :)

PS. Gdyby ktoś czegoś nie wiedział, w "Informacje" Znajdziecie te naj ważniejsze.

Kocham was mocno, i jeszcze raz przepraszam. Jak tylko poczuję się lepiej, wezmę się za rozdział.♥

ASK.FM- Chcesz wiedzieć coś więcej, albo po prostu pogadać? Zapraszam.

RYSUNKI- Niedługo dodam kilka nowych prac, więc zachęcam do komentowania

KOMENTUJCIE ROZDZIAŁ, BO TO MOTYWUJE, A KIEDY JESTEM CHORA, I TAK SIĘ NUDZĘ, WIĘC BĘDĘ MIAŁA CO CZYTAĆ :)

czwartek, 18 września 2014

Rozdział 8

"Pieprzyć to wszystko!..."

CZYTASZ= KOMENTUJESZ!





Abygail's POV.

Odkąd ostatni raz, normalnie rozmawiałam z Justinem, minął ponad miesiąc. Owszem, co dziennie widziałam go, ale nasze rozmowy ograniczały się do zwykłego "Cześć". Wiele razy próbowałam zapytać, o co chodzi, pogadać z nim, ale to nie miało sensu. Doskonale wiedziałam, co mu jest, więc postanowiłam po prostu dać mu czas. Najczęściej tłumaczył się, że ma dużo pracy, i po prostu odchodził. Nie dawałam po sobie poznać, ale było mi przykro. Swoją drogą, nawet nie wiem, gdzie on pracuje. Nigdy nie zapytałam, w końcu, jakoś nie było okazji. Z resztą, to nie moja sprawa. Gdyby chciał, powiedziałby mi. Czułam się strasznie samotna, jak i wystraszona. Za każdym razem, kiedy ktoś pukał do drzwi, miałam wrażenie, że moje serce bije milion razy szybciej. To już paranoja! Jednak wciąż nie widziałam Cupera. Unika mnie. Zwykły tchórz. Jednak nie przeszkadza mi to. Chciałabym po prostu przytulić się do Justina. Doskonale wiem, że nie radzi Sobie po rozstaniu z Laylą.

Wzdychając głośno, pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, gdy patrząc za okno, obserwowałam spokojną ulicę, a z daleka słyszałam szum pojazdów z ulicy Centralnej. Cóż, obitym policzku... Joela, i Caitlin, dokładnie tak, jak myślałam, nie zamierzały odpuścić. Aktualnie miałam za bandażowaną rękę. Mimo wszystko, cieszyłam się, że nie potrzebuję gipsu. Boli cholernie, lecz wspomnienia, jak wręcz katowały mnie, bolą bardziej. Niestety, moja słaba psychika tak działa, lecz jestem jej wdzięczna, że nie podsuwa mi takich pomysłów jak cięcie się. Nie jestem kawałkiem mięsa, do cholery! Od miesiąca, kompletnie odcięłam się od świata. Od tygodnia, mam zwolnienie, do końca miesiąca, co oznacza wcześniejsze wakacje, jednak nie bardzo cieszę się. W końcu, nie znam jeszcze wyników testów gimnazjalnych. W całym moim krótkim życiu, nie czułam się tak źle, i aż tak sama... Tysiące razy zastanawiałam się, jak to było by mieć normalną rodzinę, matkę, z którą mogę pogadać o wszystkim. Będąca za razem moją najlepszą przyjaciółką. Ojca, który byłby dla mnie autorytetem, moim bohaterem, jak i pierwszą miłością. Jak byłoby mieć duży, dom, zwykły dom. Z psem, ogrodową trampoliną, albo nawet rodzeństwem. Wiedziałam jednak, że nigdy tak nie będzie.

Pociągnęłam nosem, zaciskając oczy, kiedy podparłam głowę dłonią, cicho szlochając. Wiedziałam, że nikt teraz nie zobaczy, jak płaczę, bo niby kto? Każdy, kogo lubię, bądź nawet kocham, czy ktokolwiek inny odchodzi ode mnie. Począwszy na rodzicach, których nawet nie poznałam, Sary, i July, z którymi nie dogadywałam się, a mimo wszystko czasem znajdowałyśmy wspólny język. Cuper, którego wciąż kocham, i niestety, nie radzę sobie z tym, że się go boję. I... on. Justin. Myślałam, że choć trochę mnie polubił, że jesteśmy przyjaciółmi. Nadzieja matką głupich, no nie?

Prychnęłam, skupiając wzrok, na Starszej kobiecie przechadzającej się po okolicy. Zmarszczyłam brwi, uświadamiając Sobie, że policzki mam całe mokre, od łez spływających strumieniami.

Usłyszałam charakterystyczny dźwięk przekręcania klucza w zamku, więc zmarszczyłam przerażona brwi. Odwróciłam głowę przygryzając wargę, kiedy poczułam, jak żołądek zaciska mi się nie przyjemnie, gdy drzwi powoli zaczęły otwierać się. Przecież były zamknięte, a oprócz mnie, nikt inny nie miał kluczy. Przywykłam do zamykania ich. Mój oddech przyśpieszył się, kiedy zeskakując z parapetu, równo w drzwiach stanął... Justin. Gdy tylko mnie zobaczył, podbiegł do mnie.



Justin's POV.

Przygryzając wargę, gdy szykowałem kanapki, myślami byłem koło Abyagil. Cholera, źle zrobiłem, nawet nie interesując się, czy wszystko z nią w prządku. Myślałem, że radzę Sobie dość dobrze bez Layli, ale chyba się trochę przeliczyłem. Nie radzę sobie kompletnie. Powoli, zaczynała jednak wychodzić z mojej głowy, więc szczerze przestawała mnie obchodzić. Miałem nieco ważniejsze rzeczy na głowie, a mianowicie dowiedziałem się od Zacka, że Marcus, ochroniarz Abygail został postrzelony na jednej z akcji. Oznaczało to, że Aby nie ma ochroniarza. Mimo, że nie odzywaliśmy się praktycznie przez ten miesiąc, nie zamierzałem tak po prostu zostawić jej bez ochrony, jednak od kliku dni i tak jej nie miała. Miałem tylko nadzieję, że nic jej nie jest. Brakowało mi jej. Przy niej, nie musiałem tak jak w firmie, udawać dorosłego, poważnego mężczyzny, który dba o wszystkie szczegóły. Uświadomiłem Sobie, jakie to dziecinne z mojej strony.

Nie czekając dłużej, powiedziałem Jamesowi, że kończę na dziś, i poszedłem do pokoju Aby. Chciałem ją zobaczyć, albo po prostu upewnić się, że jest cała. Wyjąłem z tylnej kieszeni klucz, do pokoju Abygail, który zawsze mam ze sobą. Delikatnie i powoli, otworzyłem nim zamek, i chwytając za klamkę popchnąłem drzwi. Wszedłem do środka, od razu napotykając ją wzrokiem, kiedy siadała na łóżku. Spojrzałem na jej za bandażowaną rękę, momentalnie zacisnąłem pięści. Cicho łkała, więc warknąłem pod nosem. Czyli jednak parę dni bez ochrony nie były dobre... Bez słowa, podszedłem powoli do niej, kiedy nie patrzyła na mnie, a na okno. Westchnąłem, siadając obok, i obejmując ją ramieniem. Nie odwzajemniła mojego gestu, ale i nie odtrącała mnie. Aby pociągnęła nosem, przestając płakać, i łamiąc się, wtuliła we mnie. Mocniej zacisnąłem ramię, kiedy w pokoju panowała cisza.

-Przepraszam.- Szepnąłem jej do ucha, kiedy westchnęła. Spojrzałem niżej, zauważając, że moja rękę jest niebezpiecznie blisko jej obandażowanej. Nie chcąc zrobić jej większej krzywdy, przesunąłem ją nieco wyżej.

-Dlaczego mnie zostawiłeś?- Mruknęła bez emocji, a ja jakby nie bardzo rozumiejąc zmarszczyłem brwi.

-Nie dawałem Sobie rady.- Wymamrotałem, kiedy kiwnęła głową.

-Tęskniłam.- Wychrypiała, typowym po płaczu głosie.

-Ja też. Po prostu musiałem trochę odpocząć, poukładać Sobie wszystko w głowie.

Byłem niewyobrażalnie wściekły, a nie chciałem, żeby musiała znosić moje humory, niczym kobiety w ciąży, więc po prostu starałem się jej unikać. Ta, szczeniackie, wiem.

-Mogłeś mimo wszystko przyjść, i powiedzieć co kolwiek, a nie unikać mnie wzrokiem na korytarzu. Co prawda wiedziałam, że to Cię przytłoczyło, co nie zmienia faktu, że czułam się źle.- Odsunęła się ode mnie, patrząc na mnie z wyrzutem.

-Tak, wiem. Ale to nie było takie łatwe.- Mruknąłem, poprawiając się na siedzeniu, kiedy Aby usiadła po Turecku.- Poza tym , miałem wiele pracy. Ten miesiąc był ciężki.

Dziewczyna skinęła głową.

- Mimo wszystko, spójrz, jak to wygląda. Przychodzisz do mnie, mówiąc, że Cię zdradziła. Ok.- Zaczęła, kiedy ukradkiem przewróciłem oczami.- Potem znikasz na miesiąc, a kiedy już znudzi Ci się udawanie, że mnie nie znasz, wracasz. Popieprzone.- Mruknęła chichocząc, kiedy byłem pewien, że zacznie robić mi Bóg wie jakie wyrzuty. Spojrzałem na nią lekko oszołomiony.

 -Wiem, głupio wyszło...- Zaśmiałem się.

 -W sumie, tak. Ale obiecasz, że już mnie nie zostawisz?- Posłała mi niewinny uśmiech, który odwzajemniłem moim, tyle, że łobuzerskim. Doskonale wiedziałem, że spuści głowę, i tak zrobiła.

-Nie. Obiecuję.- Zapewniłem.- Ale Ab, musisz mi coś powiedzieć.- Spojrzałem na nią porozumiewawczo, łącząc usta w cienką linkę. Chyba nie do końca mnie zrozumiała, bo spojrzała na mnie pytająco.

-Kto to?- Wskazałem na jej rękę, kiedy spuściła spojrzenie. Zdawałem Sobie sprawę, że to, jak i pewnie mówienie o tym sprawia jej ból, ale siedzenie cicho, nic jej nie da. Spojrzałem na jej warz, dopiero teraz dostrzegając jej siny policzek. Wyglądał, jakby ktoś uderzył ją z czystą nienawiścią. Nie wiedziałem tylko, dlaczego ma aż takie problemy.

-Nie ważne.- Sapnęła krótko, chcąc wstać, jednak nie pozwoliłem jej na to, chwytając ją za ramię, i ciągnąc w dół, tak, że ponownie usiadła. Westchnęła. Doskonale wiedziałem, że to gówniarze z tej "świty szkolnej" która rządzi boiskiem, i korytarzami szkolnymi. Żałosne. Chciałem jednak mieć pewność, i usłyszeć to od niej.

-Abygail, to jest ważne.- Syknąłem przez zaciśnięte zęby, wciąż nie puszczając jej ramienia.

Spojrzała na mnie, marszcząc brwi, kiedy chciała coś powiedzieć. Wyprzedziłem ją, przerywając jej.

-Dasz Sobie pomóc, czy dalej chcesz być workiem treningowym?- Spojrzałem na nią z nie zadowoleniem, i pogardą?

-Przepraszam, co?! Jakoś ostatni miesiąc mało obchodziło Cię to, co się ze mną dzieje, a teraz tak po prostu wchodzisz tu, i jak gdyby nigdy nic, chcesz mi pomóc?!- Krzyknęła, będąc naprawdę zła.- Wiesz co? Tobie potrzebna jest pomoc.- Pokręciła głową, strąciła moją dłoń, kiedy wstała.

Spojrzałem na nią zły, robiąc to samo, kiedy spojrzałem na nią z góry. Nie oszukujmy się. jestem wyższy od niej o głowę z szyją.

-Przecież Ci mówiłem, że Layla, i praca...

-Dobrze, mówiłeś i zrozumiałam. Ale to nie powód, żeby udawać, że mnie nie znasz!- Wyrzuciła jedną rękę w powietrze, patrząc na mnie wrogo. Cóż, jednak pomyliłem się, myśląc, że nie będzie robić mi wyrzutów.

-Ale Cię nie znam! O to kurwa chodzi, że Cię nie znam! Nigdy nic nie mówiłaś mi o Sobie!- Naskoczyłem na nią, tak samo, jak ona na mnie. Powoli męczyła mnie ta rozmowa...

-A pytałeś!? A tak poza tym, kiedy?! Kiedy miałam Ci cokolwiek opowiadać?! Przez tydzień znajomości? A skoro mnie nie znasz, to po cholerę chcesz mi pomagać?!- Wymachiwała ręką, patrząc na mnie wymownie.

Ukradkiem przewróciłem oczami.

-Musisz być taką suką, do cholery?!- Warknąłem, patrząc na nią spode łba. Wiedziałem, że będę tego żałować, jednak nie obchodziło mnie to.

-Aha, czyli teraz jestem suką. Jestem suką, kiedy mam cholerną racje?- Odparła cicho, jak i bez emocji, jednak ja doskonale widziałem bezradność na jej twarzy. Spojrzałem w jej smutne oczy, przygryzając wargę.

-Do cholery, tak! Jesteś suką, bo wolisz udawać wielce pokrzywdzoną, nie dając Sobie pomóc!- Prychnąłem, kręcąc głową, kiedy ona, przewróciła oczami, parskając pod nosem. Założyła ręce na piersi, przygryzając od wewnątrz policzek.

-Wyjdź.- Mruknęła, kiedy zmarszczyłem brwi, stojąc w miejscu. Patrzyliśmy Sobie chwilę w oczy, kiedy otworzyłem usta, by coś powiedzieć, jednak teraz ona przerwała mi.

-Po prostu  stąd wyjdź, Justin!- Warknęła głośniej, kiedy prychnąłem, bez słowa idąc w stronę wyjścia. Zatrzymałem się jednak w połowie drogi, nie odwracając w jej stronę.

-Radź Sobie sama.- Odparłem, nie słysząc już odpowiedzi od dziewczyny Wkurwiony, wyszedłem trzaskając drzwiami.



Abygail's POV.
Drzwi zatrzasnęły się z głośnym hukiem, kiedy zacisnęłam oczy, lekko podskakując. Czym prędzej podbiegłam w ich kierunku, przekręcając zamek. Pokręciłam głową, przewróciłam oczami. Być może miał racje. Może po prostu nie potrafię docenić tego że ktoś próbuje mi pomóc. Na pewno nie chcę pomocy od niego. Chcę mu pokazać, że nie jestem typową nastolatką, którą i tak, czuję się w tym momencie. Miał również rację, mówiąc, że jestem suka. Doskonale wiedziałam o tym, w tamtym momencie, ale nigdy nie przyznałabym się do tego. Jednak nie miało to teraz większego znaczenia, bo w jego oczach, pewnie zawsze będę zwykłą nastolatką. Moje starania, żeby udowodnić mu, że jest na odwrót, tylko pogarszają moją sytuację. Jestem takim dzieckiem. Nie dziwię się, że tak, jak szybko przyszedł, równie szybko wyszedł.

-Pieprzyć to wszystko!- Odwróciłam się gwałtownie, kopiąc w drzwi. Syknęłam, szybko tego żałując. Miałam wrażenie, że moja stopa zaraz odpadnie od reszty lewej nogi. Wzdychając, pokierowałam się z powrotem w stronę łóżka, i niczym rozkapryszone dziecko, kto9re nie dostało cukierka, usiadłam krzyżując ręce z nie zadowoleniem. Najchętniej, poszłabym teraz pod prysznic, ale do cholery jak?! Z tym gównem na ręku, mogę tylko poważyć, gdyż Maria, która zawsze pomagała mi to ściągać, ma wolne. Jedynym pocieszeniem jest to, że jutro przychodzi lekarz, który mi to ściągnie, i opatrzy rękę, że nie wymaga założenia gipsu. Spojrzałam nie wzruszona na wyświetlacz mojego telefonu. Po czwartej. Nie miałam ,żadnego pomysłu, jak mogłabym spędzić wieczór. Nie myśląc dłużej, wstałam z łóżka, chwytając telefon, który umieściłam w kieszeni, i ruszyłam w stronę drzwi. Założyłam buty, i ostrożnie, niemal bez szmeru, wyślizgnęłam się z pokoju, upewniając, się, że jest zamknięty. Spacer na pewno nie zaszkodzi mi, a wręcz przeciwnie. Szczerze uwielbiam wieczorne spacery po mieście, mimo, iż wiem jak niebezpieczne jest to w Nowym Jorku. Mimo, że miejsce w którym urodziłam się, jest jedyną rzeczą, którą kocham, Nowy Jork jest mieszaniną tak na prawdę z całego świata, przez co jest tu straszny chaos, jak i wielkie niebezpieczeństwo. Jednak w końcu, nie jest tu tak źle, jak opisują to na filmach, choćby ze Stiven'em Seagalem gdzie mafia goni mafię. Chyba... Chowając ręce do kieszeni, ruszyłam w stronę schodów, po których zbiegłam szybko, rozglądając się jeszcze po dość zatłoczonym holu, gdzie opiekunowie mieszali się z podopiecznymi. Wzdychając, ruszyłam do wyjścia niemal nie zauważalna. Wyszłam, na świeże wiosenne powietrze, rozglądając się po małej ulicy, gdzie było pełno domów jedno rodzinnych. To wybrali Sobie miejsce na dom taki, jak dziecka. Nie ma co. Ruszając ścieżką, prowadząc w stronę wejścia, założyłam kaptur na głowę, kierując się jak zwykle w lewo, w stronę ulicy Centralnej. Szłam przed Siebie, patrząc w chodnik. Szczerze skłamała bym, mówiąc, że nie interesuje mnie to, co robi w tym momencie Justin. Przez głowę, przeszła mi myśl, by napisać do niego pierwsza, i choć raz wykazać się dojrzałością.

Jedyne, czym się wykrzesz to brak honoru!

Jęknęłam, bijąc się z myślami.  Może to dziwnie zabrzmi, ale wydaje mi się, że mu ufam, i w pewnym znaczeniu tego słowa, zależy mi na nim. Jak na przyjacielu. Przecież, nie patrzę na niego jak na chłopaka, a jak na brata, przyjaciela... w końcu, jesteśmy nimi, prawda? Chyba tak. Coraz większy, typowy hałas miasta spowodowany samochodami, metrem, rozmowami a nawet tupaniem kobiecych butów dotarł do moich uszu, kiedy znalazłam się na rogu skrzyżowania z jedną z najbardziej ruchliwych ulic w mieście. Mimowolnie, moja ręka powędrowała do kieszeni, kiedy wyjęłam telefon. Sprawdziłam skrzynkę. Zero nowych wiadomości. Cholera. Może on powinie napisać pierwszy?

On, naprawdę.

Ruszając z miejsca, postanowiłam iść do central parku, mimo, że to spory kawałek drogi. Niepewnie spojrzałam na numer Justina, przygryzając wargę. Dobra, zrób to! Nacisnęłam zieloną słuchawkę, a serce waliło mi jak młotem.

Może jest zajęty.
A może jest w pracy
A może...

-Halo?- Jego seksowny, zachrypnięty głos dotarł do moich uszu, kiedy mimowolnie lekko uśmiechnęłam się. 

-Justin?- Pisnęłam, mentalnie dając Sobie w pysk. Przewróciłam oczami, na moją głupotę, z której zdawałam Sobie sprawę.

-Aby? Coś nie tak?- Spytał bez żadnych emocji. Przy najmniej starał się je ukryć.

-Nie... bo. To znaczy tak.Albo nie.- Jąkałam się, niespokojnie rozglądając po ulicy.

-Abygail, do rzeczy.- Mruknął, a mnie przeszedł dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. Z resztą, dobrze, że w ogól się nie rozłączył.

-Chciałam po prostu Cię przeprosić.- Odparłam na jednym wydechu.

-Jest ok, ale

-Nie, nie jest.- Przerwałam mu w połowie zdania.- Być może masz rację. Może nie powinnam tak na Ciebie naskoczyć. W końcu chciałeś mi pomóc.- Stanęłam, kiedy światło czerwone zabłysnęło.

-Chcesz się spotkać?- Spytał, z lekko wyczuwalną nadzieją.

-Jasne. Teraz?- Ruszyłam, będąc już niedaleko mojego celu. Powoli ściemniało się, biorąc pod uwagę, że do wakacji jeszcze dwa tygodnie. Nie przeszkadzało mi to, gdyż lubię taką szarówkę.

-Jeżeli chcesz. Ale jestem w pracy, więc ty musisz przyjść do mnie. W sumie, nie mam już nic do roboty, ale i tak muszę siedzieć tu do ósmej.- Warknął, a właściwie jęknął, kiedy doskonale wiedziałam, że odrzucił głowę do tyłu. Zaśmiałam się.

-Nie, nie chcę robić Ci kłopotu, skoro jesteś w pracy.- Wzruszyłam ramionami, mimo, że on nie mógł tego zobaczyć.

-Nie! Jezu Ab możesz przyjechać. Przynajmniej będzie mniejsza szansa, że nie umrę z nudów. Jak już wspomniałem wcześniej, nie mam już nic do roboty.

-Ale to nie takie łatwe. Nie mam pojęcia, gdzie pracujesz.- Weszłam, na jedną ze ścieżek Parku, kierując się w stronę ławki. Wybrałam tę, z której mam najlepszy widok, na budynki przede mną.

-Wyślę Ci adres SMS- em- Zaproponował, kiedy myślałam chwilę nad jego propozycją. Swoją drogą, zastanawiało mnie to, czym się zajmuje.

Pewnie jest modelem.

Zaśmiałam się pod nosem, wzdychając.

- No dobra, ale wiesz... nie mam dużo czasu.

-Jasne, odwiozę Cię potem. Jesteś teraz w domu?

-Nie w Central Parku.- Odparłam, rozglądając się, kiedy zawiesiłam wzrok na kawiarniach, bądź restauracjach po drugiej stronie ulicy.

-W sumie, jesteś bardzo blisko, ale możesz się zgubić... Czekaj przy głównym wejściu, zaraz po Ciebie kogoś wyślę.- Rozłączył się. Tak po prostu. Odsunęłam telefon od uch, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami. Ktoś po mnie przyjedzie?! Kim on do cholery jest?! Modelem, czy arystokratą, bo się zgubiłam. A może arystokratycznym modelem?

Brawo, Abygail! Właśnie otrzymałaś kolejny stopień głupoty! Brawa proszę!

Zachichotałam, kręcąc głową. Schowałam telefon z powrotem do kieszeni, leniwie podnosząc tyłek z ławki. Ruszyłam, w stronę wyjścia, tak, jak powiedział Justin. Rozejrzałam się, w sumie nie wiedząc na co czekam. Justin nic mi nie powiedział. Wzruszyłam ramionami, nie mając zamiaru nudzić się. Wyjęłam słuchawki, oraz telefon, po czym podpięłam wszystko. Pomijając fakt, że samo rozplątanie ich, zajęło mi dobre dwie minuty. Jestem pewna, że to szatan wymyślił takie słuchawki, ile do cholery można się z tym męczyć?! 

Dotknęłam "Play" A po chwili słowa piosenki rozbrzmiały w moich uszach. Uwarzenie wsłuchiwałam się w głos Ed'a Scharena, zamykając oczy. Nie dane jednak było mi rozkoszować się muzyką, gdyż poczułam rękę na moim ramieniu, więc pośpiesznie wyciągnęłam z ucha jedną słuchawkę. Mężczyzna w podeszłym wieku stał przede mną, a jego twarz nie wyrażała emocji. Myślę, że to jego praca... Zmarszczyłam brwi, czekając chwilę, aż powie cokolwiek.

-Pani Abygail Reed?- Spytał wysoki, dostojnym głosem. Zupełnie takim, jak na filmach. chciało mi się śmiać, ale powstrzymałam się. Swoją drogą, chyba miałam rację, że Justin jest hrabią. Szczerze byłam w szoku. Skinęłam nie pewnie głową, kiedy odwrócił się na pięcie, szepcząc ciche "Proszę za mną" ruszył. Chwilę zajęło mi uświadomienie Sobie, co się dzieje, kiedy biegiem ruszyłam w stronę czarnego porsche.

-Zapraszam.- Ruchem ręki wskazał na miejsce w samochodzie, kiedy otworzył mi drzwi. Co to za szopka!? Ugh, nie ważne. Bez słowa wsiadłam na miejsce zaciskając usta w cienką linkę, by nie parsknąć śmiechem.

Jechaliśmy już dobre piętnaście minut, a słowa Justina rozbrzmiały w mojej głowie. "W sumie, niedaleko..." Ta, jasne... Oparłam głowę o szybę,patrząc na rozświetlone budynki. Na ulicach wręcz tętniło życiem, co było normalne o tej, jak i innej porze. Dojechaliśmy pod biurowiec, cały ze szkła. Rozejrzałam się po pięknej okolicy, gdzie dookoła były same takie budynki.

-Proszę kierować się na piętro siódme, pokój numer sto dwadzieścia trzy.- Z zamyśleń, wyrwał mnie głos kierowcy, kiedy skinęłam głową. Oblizałam usta, wychodząc z samochodu, kiedy bez słowa odjechał. Ruszyłam powoli w stronę jak podejrzewam obrotowych drzwi od budynku. W głowie cały czas, powtarzałam sobie piętro, i numer pokoju, by nie zgubić się w tym kolosie. To przerażające.

Piętro siódme, pokój sto dwadzieścia trzy, Piętro szóste, pokój sto trzydzieści dwa...

Czekaj, co?! Piętro siódme, pokój sto dwadzieścia trzy. Tak.

Idiotko, pamiętaj!

Przewróciłam oczami, nie mając ochoty słuchać samej Siebie. Szłam ścieżką, prowadzącą w stronę wejścia. Byłą piękna. Cała z kamienia, a po bokach jakby od linijki skoszona idealnie trawa. Po lewej stronie, znajdowała się biała fontanna, która wyglądała cudownie, przy zachodzie słońca. Momentalnie parsknęłam śmiechem. "Fontanna przy zachodzie słońca"

Od kiedy jesteś tak romantyczna, Aby? 

 Pokręciła głową, wciąż śmiejąc się.

Po prawej stronie, znajdowały się jakby mały park, bądź coś w ten deseń. Drzewa, ławki... Nic nad zwyczajnego, a jednak coś cudownego. Weszłam przez obrotowe drzwi, do ogromnego holu, i wręcz zatkało mnie. Atmosfera panując tutaj, była nie do zniesienia. Typowy biurowiec. Idealnie wypastowana podłoga, być może nawet za bardzo. Ściany, w kolorze jaśminu oraz ogromna recepcja na środku. Pracownicy miotali się jak mrówki, mimo, że było koło szóstej. Wszyscy wyglądali, jak kopie. Jak jedna osoba. Kobiety w eleganckich kobiecych marynarkach, oraz ołówkowych spódnicach w kolorze granatu. Bardzo wysokie szpilki, które złudzająco podobne były do krwi. Tak mocno czerwone. W sumie, nie można wykluczyć, że nie jest to krew. Te buty wyglądają raczej jak narzędzia tortur, a te kobiety są im poddawane. Skrzywiłam się lekko na myśl, jak można tak bardzo nie dbać o stopy. Nie chcę myśleć, co czują, ściągając je. Zdecydowanie, nie pasuję tutaj. Ja miałam na sobie przydużą bluzę, oraz cholernie wygodne trampki. Chociaż, przyłapałam kilka kobiet patrzących na moje buty z zazdrością, jak i szokiem zapewne zastanawiając się, co robi tu taka osóbka, jak ja. No tak. Jestem dzieckiem. Wzrokiem błądziłam po pomieszczeniu, szukając windy. Znalazłam ją, a właściwie je, w korytarzy obok recepcji. Wzdychając ruszyłam w tamta stronę, czując na Sobie wścibski wzrok recepcjonistki. Myślałam, że każe mi podejść, i zapyta czego szukam, ale biorąc pod uwagę, że tak nie stało się musiała wiedzieć, że przyjdzie tu taki ktoś, jak ja. Miałam wrażenie, że jej cycki mają ochotę wyskoczyć z uniformu, i powiedzieć "Pieprz się" na odchodne. Krzywiąc się z niesmakiem, weszłam do pustej windy. Nacisnęłam podświetlany guziczek z numerem siedem, a po chwili winda ruszyła. Rozglądałam się nie spokojnie, mówiąc Sobie, że nic się nie stanie. Nienawidzę wind... Zawsze to cholerne uczucie, że się zatrzyma, czy będzie awaria... Moje rozmyślanie przerwał charakterystyczny dźwięk wydawany przez windę, kiedy zatrzyma się na odpowiednim piętrze. Czym prędzej wybiegłam z tego latającego... pudła, i odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się po korytarzu, zastanawiając, w którą stronę iść. Postanowiłam skręcić w lewo, a po chwili znalazłam to, czego szukałam. Pokój sto dwadzieścia trzy. BINGO! Zapukałam delikatnie. Po usłyszeniu cichego "proszę" niepewnie nacisnęłam klamkę, wchodząc do środka. Moim oczom ukazał się Justin z laptopem przed twarzą, ale kiedy nie dostrzegł, jego nie wzruszony wyraz twarzy, zmienił się na lekki uśmiech. Miał na Sobie garnitur, co wyglądało wręcz nieziemsko seksowne. Mmm... Wyrzuciłam z głowy niepotrzebne myśli, i weszłam w głąb, kiedy Justin zamknął laptopa.

-Aby, wejdź i nie czaj się tak. Nie gryzę.- Zachichotał, patrząc na mnie rozbawiony, kiedy spojrzałam na niego oburzona. Spojrzałam na niego dokładnie, uświadamając Sobie, że pierwszy raz widzę go takiego, w takim miejscu. Wyglądał zupełnie inaczej, niż kiedy jest w domu dziecka. Ale to, że inaczej, nie znaczy gorzej. Tysiąc myśli przebiegło przez moją głowę. Jest tu szefem? Kim on jest? Czemu pomaga w domu dziecka, skoro to raczej nie jest forma kary społecznej, tak jak myślałam wcześniej. Moje policzki przybrały kolor czerwieni. Czułam to. Rozejrzałam się po wnętrzu. Mój wzrok przeniósł się z biurowych komód, na ścianę całą ze szkła, znajdującą się za Justinem. Na lewo znajdowała się skórzana kanapa, oraz równie szklany stolik pod kawę, oraz wielki obraz nad kanapą. Po prawo szafy na dokumenty, a na środku wielkie biurko z masą dokumentów. Wszystko było w odcieniach brązu, co nadawało całości klasy.

-Justin...- Zaczęłam niepewnie.

-Nie Aby.- Wstał, poprawiając krawat. Podszedł do mnie.- To ja chciałem przeprosić Ciebie. Nie miałem tego na myśli, to znaczy, nie jesteś suką. Powiedziałem to pod wpływem nerwów.- Mruknął, kiedy patrzyłam na jego twarz, jak zachipnotyzowana. Schował kosmyk moich włosów za ucho, a ja przełknęłam głośno ślinę.

-Rozumiem.- Udało mi się wydukać.- Przepraszam, że tak na Ciebie naskoczyłam...

-Nie ma o czym mówić. Nie musisz mówić mi wszystkiego od razu, ale to nie zmienia faktu, że chcę Ci pomóc.- Szepnął, delikatnie chwytając moją twarz, w swoje duże, męskie dłonie. Po chwili odsunął się ode mnie, kierując w stronę fotela za biurkiem. Zamrugałam kilkukrotnie, nie odzywając się.

-Kurwa, Ab musisz na mnie cholernie lecieć, skoro zadzwoniłaś po godzinie.- Ukazał rząd swoich białych zębów, odwracając się w moją stronę, kiedy usiadł.

Jestem pewna, że moja szczęka opadła aż do samej podłogi, a ludzie piętro niżej, zastanawiają się, co tu się dzieje.

-Co?! Nie! Chciałam się pogodzić, bo...- Nieudolnie tłumaczyłam, się, jąkając.

-Tak? Znam parę fajnych sposobów, na godzenie się.- Parsknął, kiedy moje oczy niemal wyskoczyły na wierzch. Zaśmiałam się, kręcąc głową, kiedy podeszłam bliżej, siadając na krześle przed jego biurkiem.

-Zbok.- Podsumowałam krótko, kiedy diabelski uśmieszek nie schodził z jego ust. Wyglądał słodko, kręcąc się na tym fotelu. Garnitur jednak odbierał mu to a dodawał męskości., przez co czułam się w jego obecności trochę inaczej. Nie umiem tego określić.

-Widziałem, że na mnie lecisz.- Odparł, śmiejąc się, kiedy przewróciłam oczami usmiechając się.

-Wcale nie!- Krzyknęłam, spuszczając głowę.

-Tak, tak skarbie, mów Sobie co tam chcesz.- Kołysał się w lewo i prawo z chytrym uśmieszkiem. Myślał, że mnie rozgryzie, a gówno!

O już to zrobił...

Przeklęłam pod nosem.

-A więc Ab, odnośnie naszej rozmowy w domu...

-Justin, jeśli chodzi Ci o to, że się nie znamy, to może zrobimy to teraz?- Za proponowałam wzdychając, założyłam nogę na nogę. Uniosłam jedną brew, kiedy chłopak, a właściwie mężczyzna oparł łokcie o biurko, oblizując usta.

-Ok. Ja powiem Ci coś o Sobie, a ty o Sobie.- Mruknął. Skinęłam głową.

-Czyli po prostu dokończymy grę w dwadzieścia pytań.- Przypomniałam Sobie, że nie dokończyliśmy jej miesiąc temu.

-Dobra, ty zacznij.- Odparł, opierając się o fotel. Spuściłam wzrok, myśląc nad pierwszym pytaniem. Miałam ich chyba ze sto, a nie dwadzieścia.

-Kim w ogóle jesteś, i co tu robisz.- Spytałam w końcu. Justin westchnął zastanawiając się zapewne na odpowiedzią.

-To będzie długa historia...

-Mamy chwilę czasu.- Zapewniłam. Uśmiechnęłam się do niego, poprawiając na krześle.

-Zaczęło się to od tego, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym dwa lata temu.- Mruknął, zaciskając szczękę, jakby myślał o czymś o czym nie chce pamiętać. W sumie, kto by chciał? Spojrzałam na niego w szoku.

-Justin, tak mi przykro...

-Abygail, chcesz, żebym dokończył?- Spojrzał na mnie, kiedy uciszyłam się, ponownie słuchając jego.

-To ich firma. Znaczy była ich. Aktualnie jest moja. Odziedziczyłem ją w wieku dwudziestu lat.- Jego oczy pociemniały, a rysy szczęki stały się tak mocno zarysowane, że jestem pewna, że przecięłaby kartkę papieru.

-Wracali skądś, razem z bratem mojej matki i jej mężem.- Odparł bez emocji, a moje oczy były wciąż szeroko otwarte.- Pijany kierowca, uderzył w nich. Zginęli na miejscu. Ten pijany skurwiel przeżył tylko dlatego, że uderzył w nich, a nie w drzewo, tak jak oni. Inaczej zginąłby.- Widziałam czysty ból w jego oczach, Dosłownie zaparło mi dech. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale byłam świadoma, że żadne słowa nic nie zmienią, więc po prostu wstałam, podchodząc do Justina, kiedy wdrapałam się na jego kolana, obejmując szyję. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Justin odwzajemnił mój gest, oplatając mnie ramionami.

-Przykro mi, Justin.- Mruknęłam zupełnie szczerze.

Odsunął mnie delikatnie od tułowia, kiedy wciąż siedziałam okrakiem na jego kolanach. Posłał mi uśmiech, kiedy zmarszczyłam brwi, nie mogąc uwierzyć, że był teraz do tego zdolny.

-Jest ok Ab, ale właśnie siedzisz na mnie okrakiem.- Parsknął, mówiąc poważnie, ale zostając przy tym rozbawiony.- Spojrzałam w dół, po czy parsknęłam, wzruszając ramionami.

-Wiem.- Odparłam, schodząc z jego kolan wracając na miejsce. Cieszyłam się, że mi zaufał, i powiedział.

-Teraz moja kolej. Jeśli nie chcesz, nie odpowiadaj od razu.- Spojrzał na mnie delikatnie, oblizując usta, kiedy skinęłam głową.

-Czemu jesteś w domu dziecka?- Spojrzał na mnie ostrożnie, kiedy westchnęłam spuszczając głowę. Zmarszczyłam brwi, wzruszając ramionami.

-Szczerze, to nie mam pojęcia. Jestem tam odkąd tylko pamiętam. Co oznacza, że od urodzenia. Nigdy tak naprawę nie widziałam rodziców, więc nie miałam okazji dowiedzieć się.- Powiedziałam szczerze. Skoro on powiedział mi, że jego rodzice mieli wypadek, uważam, że nie w porządku byłoby nie mówić jemu o moich. Pokiwał głową na znak, że rozumie.

-Serio mi przykro Ab. Nie wiem za bardzo, co powiedzieć.

-Nie musisz mówić nic. Doskonale Cię rozumiem. Też nie jestem najlepsza w pocieszaniu.-Posłałam mu lekki uśmiech, który odwzajemnił swoim, za który można zabić.

W tym momencie, do pokoju weszła kobieta, ubrana tak samo, jak wszystkie te, które widziałam w holu. Była bardzo seksowna. Już jej nienawidziłam. Zlustrowała mnie wzrokiem, krzywiąc się lekko specjalnie, kiedy nie patrzył Justin. Rozpięła jeden guzik swojej koszuli, sprawiając, że krew zagotowała się w moich żyłach. Justin spojrzał na nią oblizując usta.

Czego się spodziewałaś!? Stoi przed nim dojrzała kobieta, a ty chciałaś być lepsza!?

Przygryzłam wargę, przymrużając oczy kiedy zrobiło mi się przykro.

 -Pańskie dokumenty, Panie Bieber.- Odparła uwodzicielsko, podchodząc w stronę jego biurka. Odkładając je, specjalnie pochyliła się, pokazując mu swój dekolt. Nie chciałam na to patrzeć. Przeniosłam wzrok na szybę za Justinem, patrząc na panoramę rozświetlonego miasta. Zacisnęłam pięści.

 -Połóż je na biurku, Betty. Nie widzisz, że jestem zajęty?- Spojrzałam na niego zszokowana, kiedy posłał mi uśmiech, który odwzajemniłam... 



                                                *****************************



Cześć i czołem! Jest kolejny rozdział, jak zwykle z lekkim opóźnieniem, ale jest. A więc tak. Pod poprzednim rozdziałem było tylko 12 komentarzy, a wiem, że stać Was na więcej :( No nic, trzymajcie się i do następnego!

PS. Możenie zobaczyć, i skomentować moje rysunki, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś. Znajdziesz je tu.

Piszcie na asku, bo nudy :D









poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 7

CZYTASZ= KOMENTUJESZ!!!

"-Justin, kochanie to nie tak..."



Nigdy nie wiesz
Co tak naprawdę Cię czeka
Może most
Albo sama rzeka

-Wybaczysz mi?

-Nie

-Ale dlaczego?

-Bo wybaczanie, to coś bardzo złego~ Wiersz mojego autorstwa



Pokręciłem głową, kiedy nie docierało do mnie to, co zobaczyłem. Layla spojrzała na mnie w szoku, jak i pełna przerażenia, kiedy szybko odkleiła się od tego skurwysyna, którego nawet nie znałem. Nigdy w życiu, nie byłem tak wściekły. Zacisnąłem szczękę, podchodząc do niego, kiedy ubierał się.

-Justin, kochanie to nie tak... - Zaczęła żałośnie tłumaczyć się, co tylko bardziej wprowadzało mnie z równowagi.

-Nie kurwa tak?! To kurwa jak!?- Wrzasnąłem, zaciskając mocno szczękę, kiedy wzrokiem nie dostrzegłem już tego skurwysyna.

-Jus, ja Ci to wytłumaczę!

-Zamknij się kurwa! Ja pierdole, jak mogłem być tak ślepy! Za wszelką cenę starałem się nie wierzyć Ryanowi!- Przejechałem dłońmi po twarzy, palcami ciągnąc za końcówki moich włosów, kiedy dotarło do mnie to, że ona wciąż tu jest.

 Spojrzałem w jej stronę, kiedy szlochała mając ręce w dłoniach. Warknąłem, podchodząc do niej.

-Masz trzy minuty, Aby wynieść się stąd!- Krzyknąłem, ściągając z niej koc, kompletnie ignorując fakt, że jest naga. Rzuciłem w nią jej ubraniami, kiedy spojrzała na mnie w szoku całą zapłakana.

-Nie rób tego!- Krzyknęła rozpaczliwie, starając zakryć się ubraniami.

-Nie otwieraj mordy, bo przysięgam, że nie ręczę za siebie. Jesteś zwykłą szmatą.- Prychnąłem, kiedy zacisnęła oczy, wybuchając płaczem, na co parsknąłem ironicznie. Kręcąc głową, zaczęła ubierać się.

-Szybciej!- Warknąłem, sprawiając, ze podskoczyła. Miałem wrażenie, że to wszystko to tylko zwykły sen.

-Justin! Daj mi wytłumaczyć!- Starała się jak kolwiek ze mną porozumieć, jednak nie słuchając jej, podszedłem bliżej niej, na co momentalnie miałem odruch wymiotny. Brzydziłem się nią. Chwyciłem ją gwałtownie za ramie, widząc że jest już ubrana od pasa w górę.

-To wszystko twoja wina! Gdybyś chodź raz za interesował się mną, a nie pracą, wszystko było by ok!- Pokręciła zapłakana głową, sprawiając, że zatrzymałem się gwałtownie, przymrużając oczy. Odwróciłem się w jej stronę, popychając na najbliższą ścinę, jednak nie robiąc jej żadnej krzywdy, na co miałem kurewsko wielką ochotę.

-Moja wina, tak?- Pokręciłem głową, stając maksymalnie blisko niej.- Robiłem wszystko, żeby było Ci jak najlepiej, żebyś miała kurwa wszystko! Może gdybyś raz równie za interesowała się mną, a nie moją kasą, traktowałbym Cię inaczej?- Krzyknąłem prosto w jej twarz, kiedy w jej oczach pojawiły się kolejne łzy.

-Może gdybyś nie traktował mnie, jak dziwki na jedną noc, to wszystko nie miałoby miejsca?! Potrzebowałam miłości! - Mruknęła zrozpaczona, kiedy wpatrywałem się w nią tępo. Parsknąłem.

-Widocznie wtedy dogadywaliśmy się najlepiej, księżniczko. Może po prostu od dawna już nic dla mnie nie znaczysz? A poza tym, serio myślałaś, że puszczając się ktokolwiek okazałby Ci miłość?! - Spojrzałem prosto w jej oczy, sam nie wierząc w to, co mówię. To nie była prawda. Cholernie mocno ją kochałem. Chciałem, żeby poczuła się choć trochę zraniona, tak jak ja.

Spojrzała na mnie w szoku, kiedy pociągnęła nosem.

-Wiesz, że to nie prawda.- Położyła rękę na moim policzku, patrząc na moje usta, kiedy zaczęła się lekko przybliżać. Otrząsnąłem się, odchylając lekko, sprawiając, że pocałowała powietrze.
Ponownie chwyciłem jej rękę, idąc w stronę wyjścia.

-Wypierdalaj.- Otworzyłem drzwi, wypychając ją za nie, kiedy trzasnąłem nimi gwałtownie tuż przed jej nosem.

Ignorowałem dobijanie się do drzwi, i pobiegłem na górę, wchodząc do sypialni. Wyciągnąłem jej walizkę, chowając wszystkie jej rzeczy. Zacisnąłem szczękę, chwytając ją, i biegnąc Z powrotem na dół. Otworzyłem drzwi, zauważając ją na schodach wejściowych, kiedy płakała. W innej sytuacji po prostu przytuliłbym ją, ale w tym momencie nienawidziłem jej. Nie ważne było to, jak ją kocham.

-Masz.- Odparłem krótko, rzucając jej torbę, kiedy spojrzała na mnie trzęsąc się. Zamknąłem drzwi, biorąc głęboki oddech. Ponownie usłyszałem dobijanie się Layli, ale ignorując je, odszedłem. Miałem to kompletnie w dupie. Nie wiem, czemu tak bardzo jej ufałem, mimo, że Ryan nie pierwszy ostrzegał mnie. Miałem kurewską ochotę wyżyć się na czymś. Padło na wazon, który rzuciłem przez pokój, sprawiając, że roztrzaskał się na milion kawałeczków o ścianę. Spojrzałem na szafkę, dostrzegając jej telefon. Dysząc, bez zastanowienia wziąłem go, ponownie otwierając drzwi.

-Justin, proszę, daj mi ostatnią szansę! Zrozum, że Cię kocha...

-Zamknij się. Bierz to, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.- Rzuciłem telefon na jej torbę, kiedy westchnęła. Chciałem zamknąć drzwi kiedy chwyciła mnie za rękę.

-Proszę, wybacz mi!

-Od jak dawna to robiłaś suko?!- Wrzasnąłem, doprowadzając ja do większego płaczu, kiedy oderwałem swoją rękę od niej. Mimo, jej krzyków, zamknąłem drzwi. Usiadłem bezradnie na fotelu, chowając twarz w dłonie.



 Abygil's POV.

Otworzyłam szerzej oczy,  nie mogąc pojąc, jak ktokolwiek, kiedykolwiek pojął biologię. Tego się nie da nauczyć, do cholery! Westchnęłam, kręcąc głową, kiedy starając się skupić  nad książką pod moim nosem, myślami byłam przy słowach Justina. Niespodzianka. To jedno słowo  wystarczy, żeby zająć mi czas, aż dojdzie do realizacji jej. Jest sobota, więc Justin ma wolne. Nie chciałam jednak pisać do niego, żeby nie wyjść na nie dojrzałą nastolatkę. Mimo, że nie umiałam przyznać się sama przed sobą, za wszelką cenę chcę pokazać mu, że jestem dojrzała. Spojrzałam na zegarek, przewracając oczami.

Spoglądając na zegarek co dwie minuty, nie pomoże Ci.

Starałam się ignorować irytujący oddźwięk, wydawany przez wskazówki, z każdą sekundą, i skupić ponownie na książce. Dość głośne pukanie do drzwi, uniemożliwiło mi to jednak, kiedy instynktownie rzuciłam książkę w drugi koniec łóżka. Spojrzałam na drzwi, z uśmiechem zwlekając się z miejsca. Lekkim biegiem podeszłam do drzwi, uśmiechając się, kiedy otworzyłam je, widząc Justina. Spojrzał na mnie bez emocji, kiedy zmarszczyłam brwi. Zmierzyłam jego twarz wzrokiem, widząc za czerwienione oczy, oraz bladą cerę. Przez myśl, przeszły mi najczarniejsze myśli. Wglądał, jakby nie spał tydzień...

-Justin, coś się stało?- Spytałam zmartwiona, gestem ręki wpuszczając go do środka, nie chcąc widzieć nikogo innego. Kiedy milcząc wszedł w głąb, zamknęłam drzwi na zamek, i podeszłam do łóżka obok Justina, który twarz miał schowaną w dłonie. Coś było nie tak.

-Nic.-Tylko tyle wydobyło się z jego ust. Przygryzłam wargę, nie spuszczając z niego wzroku, gdy położyłam rękę na jego ramieniu. 

-Justin...

-Nic się kurwa nie stało! Do cholery, nie mam humoru, nigdzie nie Idę! Po prostu.- Krzyknął, sprawiając, że podskoczyłam, patrząc na niego w szoku. Przestraszyłam się. Mimo, że nie znamy się dugo, nigdy nie widziałam go takiego. Tyle pytań, krążyło po mojej głowie. Doskonale wiedziałam, że coś nie tak. Potrafię wyczytać każde emocje, u każdego człowieka. Po prostu, wystarczy dobrze się przypatrzeć.

Pokręciłam zrezygnowana głową, nie pytając o nic więcej. Nie chciałam, żeby może poczuł się osaczony, tym bardziej, że mógłby pomyśleć, że jestem nachalna. Wstałam z mojego miejsca, sprawiając, że Justin spojrzał na mnie chłodno. Nie mówiąc nic, pochyliłam się, siadając bokiem na jego kolanach, oplatając jego szyję ramionami. Przymknęłam oczy, kiedy nie zareagował w szoku na mój nagły gest. Po chwili jednak, odwzajemnił mój uścisk. Potrzebował tego. Wtopił swój nos w moją szyję, kiedy ja bezczelnie wąchałam jego miękkie, włosy. Boże, ten zapach. Między nami trwała martwa cisza, kiedy lekko poruszyłam się na jego kolanach. Poczułam coś mokrego na szyi. Lekko odsunęłam się od niego, wciąż oplatając go ramionami, i wzajemnie. Spojrzałam w jego oczy. Myślałam, że moje serce pęknie, kiedy ujrzałam kilka łez. Teraz, choćby nie wiem, jak się starał, nie wmówi mi, że wszystko ok. Jednocześnie, byłam nieco zszokowana, że był na tyle odważny, by pokazać uczucia. Byłam zafascynowana tym, że nie wstydził się płakać, co wręcz podziwiałam. Bardzo chciałam odwdzięczyć mu się teraz, i pomuc mu, tak jak on, pomagał mi. Jednak nie miałam pojęcia, jak mogłabym to zrobić. Wytarłam jeden jego policzek, kiedy spuścił spojrzenie lekko zmieszany.

-Proszę, powiedz mi, co się stało, chcę Ci pomóc.- Szepnęłam cicho, jak i ostrożnie. Ponownie przybliżyłam się do jego szyi, przymykając oczy.- Będzie Ci lepiej.- Westchnęłam. Mimo, że miał dwadzieścia trzy lata, wcale nie uważałam, że jest mięczakiem, tylko dlatego, że płakał. To cudowne, że chłopak, a właściwie facet nie boi pokazać, co czuje. Szkoda tylko, że nie chce mi powiedzieć.

Szczęka Justina zacisnęła się mocno, kiedy przymrużając oczy, wzrok skupiał na drzwiach. Muszę przyznać, wyglądało to niesamowicie seksownie... Jego oczy były czarne, niczym węgiel. Spuściłam wzrok pod wpływem jego, intensywnego. Przygryzłam wargę w zażenowaniu i bezsilności. Westchnął głośno, patrząc na mnie. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Justin chyba to zauważył, bo jego twarz przybrała łagodniejszych rys, a jego spojrzenie złagodniało.

-Nie musisz zawsze być tak zestresowana.- Mruknął, uśmiechając się, naprawdę bardzo delikatnie. W jego głosie, wciąż idealnie wyczuwalny był smutek. Posłałam mu blady uśmiech, lekko masując jego ramię.

-Proszę, powiedz, co się stało, Justin.- Wręcz szeptem, powtórzyłam nie zręcznie, zaciskając usta w cienką linkę, kiedy jedynym dźwiękiem był szum drzew, który był spowodowany otwartym oknem. Uwielbiałam świeże powietrze, a teraz bardzo się przydało. Zaciągnęłam się mocno powietrzem, obserwując Justina.

-Layla.- Wyszeptał nie pewnie, kiedy zmarszczyłam brwi. Mimowolnie, poczułam ukłucie w sercu. Kim kolwiek była, a zgaduję, że to ta sama kobieta, którą widziałam z Justinem przy samochodzie, miała ogromne szczęście. Zrobiło mi się, tak przykro. Mieć go dla siebie, całować, kiedy chce. Oddałabym wszystko,  by móc...- Zdradziła mnie. To koniec.- Moje oczy rozszerzyły się w szoku, kiedy przez chwilę nie mogłam nic powiedzieć. Zamrugałam kilkukrotnie, upewniając się, że słyszę dobrze.

-O mój Boże, Justin, nie wiem co powiedzieć. Tak mi przykro...- Nie potrafiłam się wysłowić.

-Kiedy wróciłem wczoraj z pracy, było może po dziesiątej. Zobaczyłem ją na kanapie, z innym facetem.- Przyznał, jakby ze wstydem, jednak nie spuszczając spojrzenia. Jego oczu znów stały się czarne, a ja wręcz widziałam, jak stara się kontrolować. Nie mogłam w to uwierzyć. Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie tego, że jakakolwiek kobieta, zdradzi JEGO! Z jednej strony, było mi go żal, jednak z drugiej cieszyłam się, że mimo, iż znamy się naprawdę krótko, był w stanie mi zaufać. Nie umiem wyobrazić sobie, co czuje. Nie wyobrażam sobie nic gorszego, niż zdrada. W czasie, kiedy on pracował, ona tak po prostu to zrobiła. Wbiłam zęby w dolną wargę, czując się strasznie. Jestem bardzo wrażliwa, nie umiem patrzeć na czyjeś łzy, a tym bardziej, na kogoś mi bliskiego. A nie ma ich dużo. Justin jest chyba moim przyjacielem, więc jest mi chyba bliski, prawda?

-Mam nadzieję, że nie pogniewasz się, jak przełożę tę niespodziankę, prawda?- Posłał mi blady uśmiech, kiedy niemal od razu pokręciłam energicznie głową.

-Oczywiście, że nie!- Ponownie wtuliłam się w niego, wciąż siedząc na jego kolanach.

-Przepraszam. Chciałem Cię gdzieś zabrać, ale...

-To nie jest twoja wina. Naprawdę, nie masz za co przepraszać.- Posłałam pocieszający uśmiech, patrząc na jego idealną twarz.

-Właściwie, nawet nie spytałem, jak u Ciebie. Jak w  szkole?- Starał się zmienić temat, za co nie winiłam go.

-Poza pałą z matmy, nie najgorzej.- Przewróciłam żartobliwie oczami, kiedy uśmiechnął się słodko.

-W takim razie racja, nie było najgorzej.- Zachichotał, kiedy zrobiłam to samo.

-Aby, nie chcę Cię zostawiać, ale muszę iść do pracy.- Znudzony faktem, że musi tam iść, mruknął. Pokiwałam głową, ale nie chciałam, żeby sobie szedł.

Ty podła suko, on ma ważniejsze sprawy, niż siedzenie tu z małolatą. On jest dorosłym facetem!

Moja podświadomość, drwiła ze mnie ewidentnie. Postanowiłam się temu nie dać. Pokręciłam głową, spoglądając na Justina, kiedy leniwie zwlekłam się z jego kolan, siadając obok.

-Jasne, ale wydawało mi się, że nie pracujesz dziś. No wiesz, sobota...

-Taa, miałem nie pracować, ale ostatnio nie mam szczęścia.- Mruknął, patrząc na mnie porozumiewawczo. Złączył usta w cienką linkę, wstając z łóżka. Od razu zrobiłam to samo, kiwając głową, na znak, że rozumiem.

-Naprawdę Cie przepraszam. Nie sądziłem, że to się tak potoczy. Jeszcze Layla...- Jego szczęka zacisnęła się bardzo mocno, gdy kiwnęłam głową, na znak, że rozumiem.

 -Na prawdę jest w porządku. Serio, strasznie mi przykro z jej powodu.- Nie powiedziałam jej imienia, będąc pewna, że pojawiłby się u mnie odruch wymiotny. Justin westchnął, kierując się do drzwi, gdy stojąc w progu spojrzał na mnie.

-Trzymaj się, skarbie.- Mruknął, słabo uśmiechając się. Odwzajemniłam uśmiech.

-Ty też.- Odparłam, kiedy bez słowa wyszedł. Od razu podbiegłam do drzwi, zamykając je. Odwróciłam się plecami do drzwi, powoli zjeżdżając po nich. Upadłam na kolana, zastanawiając się, jak mogłabym spożytkować wolny czas. Dopiero teraz nieco zawiodłam się, wiedząc, że nie pójdziemy nigdzie z Justinem. Wcześniej, byłam zajęta wmawianiem sobie, jaka suka z Layli... Co prawda, Justin nigdy nie opowiadał mi o niej, ale jestem bardziej niż pewna, że to ta sama kobieta, co koło samochodu. Uniosłam głowę do góry, patrząc na wskazówki zegara, kiedy pokój znów wypełniony był głuchą ciszą, przerywaną jedynie dźwiękiem wskazówek. Po trzeciej. W tej chwili inne myśli zajęły moją głowę. Przecież nie uda mi się unikać Cupera, do ukończenia pełnoletności.


 Justin's POV.

Był już późny wieczór, kiedy wkurwiony wciąż tu ślęczałem. Może dlatego, że nic mi nie wychodziło? A może po prostu nie miałem ochoty siedzieć sam w domu. I tak nie miałem co robić. Nie miałem zamiaru siedzieć tam, i żałośnie opłakiwać ją. Mimo, że nie nawidzę zdrady. Kiedy mówię komuś, że go kocham, mówię poważnie, lub wcale. Pokręciłem głową, oblizując usta, po to, by potem zwęzić je w cienką linkę. Spojrzałem nudnym wzrokiem, na chyba setną z kolei umowę, szczerze nawet nie skupiając się na jej treści. I tak, nic do mnie nie docierało. Poczułem wibrację w kieszeni, więc wyjąłem z niej telefon. Jak wielkie było moje rozczarowanie, kiedy na wyświetlaczu pojawi się numer Ryana, a nie Aby, czy kogokolwiek innego. Nie chętnie odebrałem.

-Czego chcesz, Ryan? Jestem w pracy.- Warknąłem niezadowolony, mając przed sobą wciąż tę samą umowę, obiecującą gruszki na wierzbie...

-Cześć przyjacielu! Nie, nie! U mnie wszystko ok. Tak, mam się dobrze.- Ewidentnie drwił ze mnie, kiedy przewróciłem oczami.

-Ryan, do rzeczy.- Mruknąłem znudzony, nie mając ochoty słuchac jego pierdolenia. Jest moim przyjacielem, traktuję go nawet jak brata, gdyż znamy się, od kąd mieliśmy po pięć lat. Ale wiedziałem, że prędzej, czy później Ryan zauważy, że nie ma Layli. Że wyjechała na wakację, długo by nie wierzył.

-Tylko mi kurwa nie mów, że znów zapomniałeś o pół finałach!- Niemal krzyknął do telefonu, sprawiając tym samym, że skrzywiłem się lekko, odsuwając nieco telefon od mojego ucha. W innym przypadku, naj prawdopodobniej byłbym głuchy. Pokręciłem rozbawiony głową.

-Tak, tak Ry, nie zapomniałem.- Mruknąłem sarkastycznie. Zachichotałem, marszcząc brwi, kiedy uświadomiłem sobie, że ostatni raz mówiłem tak do niego, w szkole średniej.

 -Jutro, szósta, twoja chata, nie przyjmuję wymówek.

Nie zamierzałem się wymigiwać. Sam cholernie chciałem zobaczyć ten mecz.

-Jasne.- Rozłączyłem się, nie mając ochoty słuchać go ani chwili dłużej.

Przejechałem palcami wzdłuż moich wręcz idealnie ułożonych włosów, ciągnąc za ich końcówki. Zapomniałem o czymś. Byłem tego pewien. Być może, Ryan nie pozbawił mnie jeszcze słuchu, ale pamięci na pewno. Starałem się wytężyć umysł, kiedy warknąłem, krzycząc w duchu "przelew!" Wszedłem na stronę internetową mojego banku, przelewając odpowiednią ilość gotówki, na konto ochroniarza Abygail. Mój telefon ponownie za wibrował, kiedy przewracając oczami, byłem pewien, że to znów Ryan. Nie patrząc na numer, odebrałem.

-Czegu kurwa jeszcze chcesz, Ryan?

-Jus, Justin to ty?- Zamarłem. Westchnąłem, czując jak krew w moich żyłach powoli gotuję się, słysząc w słuchawce głos, którego nie chciałem już słyszeć.

-Czego jeszcze chcesz, Layla?! Wydawało mi się, że wyjaśniliśmy sobie wszystko.- Prychnąłem, chcąc rozłączyć się, kiedy jej głos zatrzymał mnie.

-Zaczekaj!- Krzyknęła rozpaczliwie, co tylko bardziej mnie zdenerwowało.

-Jeżeli chodzi Ci o resztę rzeczy, przyjdź po nie rano. Będą leżały w moim ogrodzie. Być może kilka kiecek będzie w basenie. Nie wiem, zależy, gdzie trafię.- Zaszydziłem.

-Justin, ale...

-Część.- Rozłączyłem się, rzucając telefon na biurko. Przejechałem rękoma po twarzy.Wstałem z mojego fotela, zaciskając szczękę, wziąłem wszystkie moje rzeczy, pogasiłem światła, zamknąłem mój gabinet, i bez choćby pożegnania z moją sekretarką, ruszyłem do wyjścia. Zjechałem na sam dół, moją prywatną windą, i pokierowałem się do wyjścia. Wychodząc, przez obrotowe szklane drzwi, odetchnąłem wiosennym, wieczornym powietrzem, rozglądając się dookoła. Całę miasto było rozświetlone, i tętniło życiem, mimo dość późnej godziny. Ruszyłem w stronę mojego samochodu, i wsiadłem na miejsce kierowcy. Odpaliłem silnik, ruszając. Kompletnie nie obchodziło mnie, z jaką prędkością jadę. Ufałem sam sobie.


Otworzyłem drzwi, ściągając buty, kierując się jak zwykle do kuchni. Wyjąłem z lodówki butelkę wody, po czym pociągnąłem kilka łyków. Zastanawiało mnie, co robi Aby. Byłem wkurwiony na Siebie, że nie dotrzymałem obietnicy, i nie wziąłem jej nigdzie, ale niestety praca wzywała. W domu panowała straszna cisz, przez co czułem się jeszcze gorzej. Nie, żeby Layla zawsze była w domu, ale wolałem żyć ze świadomością, że wróci. Nienawidziłem być sam. Ruszyłem schodami na górę, rozbierając się po drodze. Kolejno ściągałem marynarkę, krawat, koszulę. Nagi od pasa w górę, wszedłem do mojej sypialni, rzucając ciuchy w kąt.  Zdjąłem spodnie, pozostając w samych bokserkach. Wszedłem do łazienki, wykonałem wszystkie czynności, i wróciłem do sypialni, rzucając się do łóżka, z głośnym jękiem.


_____________________________________________________________________

Cześć! Witam was nowym rozdziałem, który miał być wcześniej, wiem. Na wstępie, chciałam wam podziękować, za 16 komentarzy, pod poprzednim rozdziałem! Oby tak dalej. Czy możecie obiecać mi, że liczba ta, nie zmniejszy się, a wręcz przeciwnie, wzrośnie? :) TO NIE LIMIT! Nie uznaję czegoś takiego. No cóż, na zakończenie, chciałam wam po gratulować, bo zgadliście, co zobaczył Justin na kanapie ;P Tylko nie róbcie dramy, bo ten rozdział leży u mnie z parę miesięcy, więc nie ściągam pomysłów z komów. :) Do następnego!